Dwór w Chrustowie : powieść, Jeż Teodor Tomasz - str. 9
Zobacz też:
-
Sprężarki śrubowe
www.compressor.com.pl -
Odkurzacz worki
www.worwo.pl -
Marketing internetowy
www.reklamawinternecie.pl -
Obozy młodzieżowe
www.alf.com.pl -
Odżelaziacze
www.aquazdroj.pl -
Doradztwo podatkowe
www.biurowektor.pl



? Ciocia kochana wcale mnie prosić nie potrzebuje, dosyć rozkazać.
? O! rozkazy moje....
? Gotówem je spełniać w pokorze jak największej. Proszę spróbować.
Spróbować! ? odezwała się p. Tulicka z przekąsem. Gdybym przykłady prób przytoczyła....
? A... bo widzi ciocia kochana: nic nie masz bardziej względnego nad rozkaz. Gdyby mi ciocia kazała na księżyc się dostać i nowin stamtąd przynieść, nie posłuchałbym, rzecz naturalna; gdyby mi ciocia kazała kochać tego lub tę, nie posłuchałbym, rzecz naturalna; lecz gdyby mi ciocia kazała tych oto zrazów nie jeść, posłuchałbym natychmiast, złożyłbym widelec i gębę zamknął, a nawet takową zasznurował, jak nadąsana panna na wydaniu.
? Ty wiesz bardzo dobrze ? podchwyciła pani Tulicka ? że ja nie jestem zdolną do dawania rozkazów nierozsądnych...
? Ja nic nie wiem, ciociu kochana... a mówię tak, w ogólnikach, po które sięgam aż na księżyc...
? Dajmy lepiej temu pokój... i bądźmy seryo...
? Dobrze... poddaję się rozkazom cioci drogiej i na seryo powiadam, że obarczony jestem zleceniem, tyczącym się sióstr moich, zarówno jak i kuzyneczki...
? Od kogo?..
? Proszę zgadnąć...
? Od Helenki! ? wyrwała się Ewunia... Helenką mianowała się ta panna t. sąsiedztwa,
do której, "niby ptak do słońca, " strzepnęło się serce czternastoletniego Gucia,
? O! rozkazy moje....
? Gotówem je spełniać w pokorze jak największej. Proszę spróbować.
Spróbować! ? odezwała się p. Tulicka z przekąsem. Gdybym przykłady prób przytoczyła....
? A... bo widzi ciocia kochana: nic nie masz bardziej względnego nad rozkaz. Gdyby mi ciocia kazała na księżyc się dostać i nowin stamtąd przynieść, nie posłuchałbym, rzecz naturalna; gdyby mi ciocia kazała kochać tego lub tę, nie posłuchałbym, rzecz naturalna; lecz gdyby mi ciocia kazała tych oto zrazów nie jeść, posłuchałbym natychmiast, złożyłbym widelec i gębę zamknął, a nawet takową zasznurował, jak nadąsana panna na wydaniu.
? Ty wiesz bardzo dobrze ? podchwyciła pani Tulicka ? że ja nie jestem zdolną do dawania rozkazów nierozsądnych...
? Ja nic nie wiem, ciociu kochana... a mówię tak, w ogólnikach, po które sięgam aż na księżyc...
? Dajmy lepiej temu pokój... i bądźmy seryo...
? Dobrze... poddaję się rozkazom cioci drogiej i na seryo powiadam, że obarczony jestem zleceniem, tyczącym się sióstr moich, zarówno jak i kuzyneczki...
? Od kogo?..
? Proszę zgadnąć...
? Od Helenki! ? wyrwała się Ewunia... Helenką mianowała się ta panna t. sąsiedztwa,
do której, "niby ptak do słońca, " strzepnęło się serce czternastoletniego Gucia,
? Ale a!.. Panna Helena mnieby zlecenia dawała!..
? Od kogóż?.. ? zapytała panna Henryka. ? Od kawalera...
? Panny w śmiech, a Stanisław na to:
? Słowo honoru... Zresztą, co tam w zagadki się bawić!.. Rzecz taka: pan Andrzej Zgrzebłowicz prosił mnie, ażebym wyrozumiał, która z obecnych tu panien życzyłaby sobie ręką go swoją uszczęśliwić...
? Zgrzebłowicz?... rzucił zapytanie pan Marek, w milczeniu dotychczas dary boże spożywający.
? Zgrzebłowicz, tatku... Prosił umie, a że prosił grzecznie i zdaje się szczerze, przeto nie rozumiem powodu, dla któregobym prośbie jego uczynić zadość nie miał...
? On to więc rozpoczyna szereg konkurentów ? były pana Marka słowa, w rodzaju uwagi wyrzeczone.
? Ach! nie on ? podchwyciła pani Tulicka.
? Nie on?...
? Byli już przecie tacy, co... pomimo, że wyraźnie nie występowali... jednakże...
? To jest ? odrzekł Stanisław ? niewyraźnie występuje każdy, kto na próg domu naszego wchodzi nie wyjmując żonatych, z których nie jeden, jak przypuszczać można, radby się z małżonką swoją rozstać się a którą z panien naszych za żonę pojąć... pan Prosiątkowski naprzykład, przez panią Prosiątkowską czubiony, jak fama niesie.
? Ty to coś zawsze wynajdziesz ? odezwała się panna Henryka.
? Państwa Prósiątkowskich nie wynalazłem, jako też i tego nie wynalazłem, że pan Prosiątkow-
? Od kogóż?.. ? zapytała panna Henryka. ? Od kawalera...
? Panny w śmiech, a Stanisław na to:
? Słowo honoru... Zresztą, co tam w zagadki się bawić!.. Rzecz taka: pan Andrzej Zgrzebłowicz prosił mnie, ażebym wyrozumiał, która z obecnych tu panien życzyłaby sobie ręką go swoją uszczęśliwić...
? Zgrzebłowicz?... rzucił zapytanie pan Marek, w milczeniu dotychczas dary boże spożywający.
? Zgrzebłowicz, tatku... Prosił umie, a że prosił grzecznie i zdaje się szczerze, przeto nie rozumiem powodu, dla któregobym prośbie jego uczynić zadość nie miał...
? On to więc rozpoczyna szereg konkurentów ? były pana Marka słowa, w rodzaju uwagi wyrzeczone.
? Ach! nie on ? podchwyciła pani Tulicka.
? Nie on?...
? Byli już przecie tacy, co... pomimo, że wyraźnie nie występowali... jednakże...
? To jest ? odrzekł Stanisław ? niewyraźnie występuje każdy, kto na próg domu naszego wchodzi nie wyjmując żonatych, z których nie jeden, jak przypuszczać można, radby się z małżonką swoją rozstać się a którą z panien naszych za żonę pojąć... pan Prosiątkowski naprzykład, przez panią Prosiątkowską czubiony, jak fama niesie.
? Ty to coś zawsze wynajdziesz ? odezwała się panna Henryka.
? Państwa Prósiątkowskich nie wynalazłem, jako też i tego nie wynalazłem, że pan Prosiątkow-
ski wolałby panią Prosiątkowką taką, co nie czubi, aniżeli taką, co czubi...
Odpowiedź ta nadała weselszy nieco obrót rozmowie, która byłaby się zapewne w tym tonie utrzymała, gdyby Stanisław nagle znów się do Zgrzebłowicza nie zwrócił:
? No i pana Andzeja Zgrzebłowicza nie wynalazłem. Wynalazł się sam i powiada, że dla gospodarstwa, całej jego pieczołowitości wymagającego, nie ma czasu w romanse się bawić. Ewunia, Henrysia i kuzyneczka podobają się mu jednakowo. Gdyby na to przystały, onby się zgodził węzełki ciągnąć i za pomocą węzełków połowicę sobie zdobyć. Sam jednak uważa, iżby to była rzecz niesłychana, a zatem proponuje siebie, najprzód Ewuni, jeżeliby Ewunia nie zechciała, Henrysi, jeżeliby Henrysia nie zechciała, kochanej kuzyneczce.
Przy ostatniem tem słowie, pani Tulicka, która się dotychczas powściągała, nie wytrzymała dłużej i wybuchnęła:
? A cóż to ? zawołała ? pan Stanisław myśli sobie!
? Ja, ciociu kochana, nie myślę nic ? zareplikował zaczepiony.
? To widać! dalibógże to widać! Gdybyś pomyślał nad tem co mówisz, tobyś impertynencyi w oczy panience młodej, kuzynce swojej nie ciskał.
? Imper-ty-nencyi?
? Cóż to. Jeżeli nie ta, to ta, a jeżeli nie ta, to Olesia?... Czy to ona ma komuś z nosa spadać?
? Spełniłem zlecenie, które na siebie wziąłem.
? Przekonaną jestem, iż Zgrzebłowicz ani nikt na świecie, nie odważyłby się podobnego dawać
Odpowiedź ta nadała weselszy nieco obrót rozmowie, która byłaby się zapewne w tym tonie utrzymała, gdyby Stanisław nagle znów się do Zgrzebłowicza nie zwrócił:
? No i pana Andzeja Zgrzebłowicza nie wynalazłem. Wynalazł się sam i powiada, że dla gospodarstwa, całej jego pieczołowitości wymagającego, nie ma czasu w romanse się bawić. Ewunia, Henrysia i kuzyneczka podobają się mu jednakowo. Gdyby na to przystały, onby się zgodził węzełki ciągnąć i za pomocą węzełków połowicę sobie zdobyć. Sam jednak uważa, iżby to była rzecz niesłychana, a zatem proponuje siebie, najprzód Ewuni, jeżeliby Ewunia nie zechciała, Henrysi, jeżeliby Henrysia nie zechciała, kochanej kuzyneczce.
Przy ostatniem tem słowie, pani Tulicka, która się dotychczas powściągała, nie wytrzymała dłużej i wybuchnęła:
? A cóż to ? zawołała ? pan Stanisław myśli sobie!
? Ja, ciociu kochana, nie myślę nic ? zareplikował zaczepiony.
? To widać! dalibógże to widać! Gdybyś pomyślał nad tem co mówisz, tobyś impertynencyi w oczy panience młodej, kuzynce swojej nie ciskał.
? Imper-ty-nencyi?
? Cóż to. Jeżeli nie ta, to ta, a jeżeli nie ta, to Olesia?... Czy to ona ma komuś z nosa spadać?
? Spełniłem zlecenie, które na siebie wziąłem.
? Przekonaną jestem, iż Zgrzebłowicz ani nikt na świecie, nie odważyłby się podobnego dawać
zlecenia, jak również przekonaną jestem, iżbyś podobnego zlecenia nie przyjął. Ale ot, sprowadziła ci ślina na język drwinę z istoty słabej i panienki młodziutkiej, ze stworzenia, co się bronić nie zdoła i ty, mężczyzna, skorzystałeś ze sposobności... Winszuję ci, winszuję. Patrz na dzieło swoje! Olesia tonęła we łzach.
? Patrz! ciesz się! tryumfuj! ? mówiła i giestykulowała.
Henrysia i Ewunia zerwały się od stołu i do Olesi poskoczyły.
? Kontent'eś! tryumfuj!...
Stanisław się zmieszał, próbował jednak tłumaczyć się.
? Ciocia bo bierze tę rzecz ze strony ? zaczął. Ale pani Tulicka mówić mu nie dała.
? Gdyby nie obecność brata kochanego, którego martwić nie chcę, wiedziałabym ja, panie Stanisławie, jakim do ciebie językiem przemówić. "Czcij ojca i matkę twoją" powiada czwarte boże przykazanie. Ja dla ciebie matką. Pamiętajże sobie ? tu mu palcem pogroziła ? że jak ty mnie tak pan Bóg tobie.
? Ciocia mnie do ściany przyciska.
? Przycisnęłabym ja ciebie, gdyby nie twój ojciec, którego czczę i szanuję.
Pan Marek spuścił głowę i milczał.
? Ol przycisnęłabym ja ciebie.
? Ja w imieniu Zgrzebłowicza.
? Dosyć z tym Zgrzebłowiczem!
? Poczciwy człowiek.
? Niech sobie będzie najpoczciwszym, ale ani on dla Olesi, ani Olesia dla niego. Nie troszcz ty się i nie interesuj córką moją. Nie ma ona ojca, ale
? Patrz! ciesz się! tryumfuj! ? mówiła i giestykulowała.
Henrysia i Ewunia zerwały się od stołu i do Olesi poskoczyły.
? Kontent'eś! tryumfuj!...
Stanisław się zmieszał, próbował jednak tłumaczyć się.
? Ciocia bo bierze tę rzecz ze strony ? zaczął. Ale pani Tulicka mówić mu nie dała.
? Gdyby nie obecność brata kochanego, którego martwić nie chcę, wiedziałabym ja, panie Stanisławie, jakim do ciebie językiem przemówić. "Czcij ojca i matkę twoją" powiada czwarte boże przykazanie. Ja dla ciebie matką. Pamiętajże sobie ? tu mu palcem pogroziła ? że jak ty mnie tak pan Bóg tobie.
? Ciocia mnie do ściany przyciska.
? Przycisnęłabym ja ciebie, gdyby nie twój ojciec, którego czczę i szanuję.
Pan Marek spuścił głowę i milczał.
? Ol przycisnęłabym ja ciebie.
? Ja w imieniu Zgrzebłowicza.
? Dosyć z tym Zgrzebłowiczem!
? Poczciwy człowiek.
? Niech sobie będzie najpoczciwszym, ale ani on dla Olesi, ani Olesia dla niego. Nie troszcz ty się i nie interesuj córką moją. Nie ma ona ojca, ale
ma mnie, a ja nie pozwolę, ażeby lada chłystek zęby nią sobie wycierał... Chodź, moje dziecko.
Wstała, z wyrazem pogardy wzrokiem od stóp do głowy Stanisława obrzuciła, wzięła szlochającą Olesię za rękę i wyszła.
Henrysia i Ewunia z gniewem i żalem na brata spoglądały.
? W rzeczy samej ? słowa jego ? Zgrzebłowicz prosił mnie, ażebym wyrozumiał Ewunię, Henrysię i Olesię. powiadając, że Ewunia za zbyt dla niego młoda, że Henrysia także za młoda, że, Olesia byłaby najodpowiedniejszą.
Pan Marek głową pokiwał i uśmiechnął się:
? Ja też nie spodziewałem się, żeby się ciocia obrazić miała.
? At ? była pana Marka odpowiedź.
Ręką machnął i fajkę sobie nakładać począł.
III.
Scena familijna, którą w poprzednim opisaliśmy rozdziale, nie była pierwszą. Sceny podobne powtarzały się często, zawsze prawie przy stole i w nieobecności osób obcych. To ostatnie było wielką w Chrustowie rzadkością. Goście ztamtąd nie wychodzili prawie. I mieli racyę, było im tam bowiem jak ? jak to powiadają ? u pana Boga za drzwiami: i przestronnie, i wygodnie, i swobodnie, i miło, i wesoło. Wpadłszy do chrustowskiego dworu, nie chciało się opuszczać strzechy gościnnej, pod którą karmiono dobrze, pojono w miarę, obsługiwano ochoczo i bawiono serdecznie. Uroku osobliwego dodawały panienki, "milutkie jak
Wstała, z wyrazem pogardy wzrokiem od stóp do głowy Stanisława obrzuciła, wzięła szlochającą Olesię za rękę i wyszła.
Henrysia i Ewunia z gniewem i żalem na brata spoglądały.
? W rzeczy samej ? słowa jego ? Zgrzebłowicz prosił mnie, ażebym wyrozumiał Ewunię, Henrysię i Olesię. powiadając, że Ewunia za zbyt dla niego młoda, że Henrysia także za młoda, że, Olesia byłaby najodpowiedniejszą.
Pan Marek głową pokiwał i uśmiechnął się:
? Ja też nie spodziewałem się, żeby się ciocia obrazić miała.
? At ? była pana Marka odpowiedź.
Ręką machnął i fajkę sobie nakładać począł.
III.
Scena familijna, którą w poprzednim opisaliśmy rozdziale, nie była pierwszą. Sceny podobne powtarzały się często, zawsze prawie przy stole i w nieobecności osób obcych. To ostatnie było wielką w Chrustowie rzadkością. Goście ztamtąd nie wychodzili prawie. I mieli racyę, było im tam bowiem jak ? jak to powiadają ? u pana Boga za drzwiami: i przestronnie, i wygodnie, i swobodnie, i miło, i wesoło. Wpadłszy do chrustowskiego dworu, nie chciało się opuszczać strzechy gościnnej, pod którą karmiono dobrze, pojono w miarę, obsługiwano ochoczo i bawiono serdecznie. Uroku osobliwego dodawały panienki, "milutkie jak