Zobacz też:







upatrując na takowych konkurentów. Myślała o rodzinie Napoleońskiej, o królewiczach angielskich, o Burbonach hiszpańskich, o następcy tronu szwedzkiego. Odpychała jednak te myśli, dla tego jedynie, iż nie przewidywała sposobności, ażeby która z tych gwiazd pierwszej wielkości pojawić się miała na horyzoncie Chrustowa i zoczyć Olesię.
? Co tam! ? mówiła sama do siebie z westchnieniem. ? Gdy Olesia księżną zostanie, wówczas.... zobaczy ją królewicz i cesarzewicz nie jeden. Wówczas atoli.... będzie już poniewczasie.
Kiwała głową, litując się nad królewiczami i cesarzewiczami.
Co się zaś zięcia książęcego tyczy, tego pewną była. Śnił się jej, w tygodniu każdym najmniej raz, jakiś.... książe Albert.
? Moje dziecko ? przemawiała od czasu do czasu do córki na dzień dobry ? co to znaczy? Pojąć nie mogę! Znów mi się książe Albert śnił.
A pewność ta na niewzruszonej oparła się podstawie, kiedy, razu pewnego, Olesia matce odpowiedziała:
? Mamuniu droga! i mnie się śnił książe Albert.
? Cóż ty na to? ? zawołała p. Tulicka tonem półtryumfalnym.
? Ja nie wiem.
? Jest to jednakże rzecz zastanawiająca, nadzwyczajna.
? Nadzwyczajna, mameczko.
? I jakże tu w sny nie wierzyć? Kiedy mi się po raz pierwszy książe Albert przyśnił, to przed tem ani mi w myśli postał. Przyznaję się, żem potem nieraz o nim myślała. Aż oto, śni się znów tobie. Więc cóż? Cóż ty na to?
 
? Nic, mameczko najdroższa.
? Cóż tam, ten pan Zgrzebłowicz czy Zgrzeblewicz?
? A nic.
? Towarzyszył ci wczoraj w ogrodzie...
? Wyszłyśmy po herbacie z Henrysią i Ewunią i on przyszedł do altanki.... i tak.... niby....
? Cóż przecie?
? Henrysia odeszła, Ewunia także, on pozostał i...
? I co?
? Chrząkał, dziwnie jakoś na mnie spoglądał, chciał coś mówić, ale.....
? Nie mówił nic?
? Owszem. Mówił o zapachu róż w ogrodzie wujaszka, o tem że woli fijołek aniżeli różę, o drodze dobrej.... zapytał mnie o książki, które w ręku trzymałam.
? Cóż to była za książka?
? Contemplations Wiktora Hugo.
? Cóż on na to?
? Powiedział: Ne pro mene pysano.
? A ty co na to?
? A cóż! mameczko. Nic nie mówiłam. Zgrzebłowicz po francuzku nie umie.
? Tak więc, siedział sobie?
? Siedział, chrząkał, dziwnie jakoś na mnie spoglądał, chciał cos przemówić, ale.... zdaje się... jakby nie śmiał.
? Spodziewam się! ? zawołała p. Tulicka. Jakiś Zgrzebłowicz, proszę kogo! Coś się tam po głowie wić musi, sam jednak czuje, że "ne dla psa kowbasa, ne dla kota sało. "
Olesia odchrząknęła, jakby się do przemówienia zabierała. Pani Tulicka zapytała:
 
? Co, moje dziecko?
? Nic, mamuniu.
? Sama przyznajesz, że to partya nie dla ciebie?
? Jak mamunia uważa.
? Gdyby mi bowiem o to chodziło, żeby ciebie, moje życie, za mąż wypchnąć, to już oddawna zrobićbym to mogła.... Ten doktór... pamiętasz?... ten adwokat? ten Stanisława kolega? Każdy z nich byłby cię wziął z pocałowaniem ręki. A teraz, ten Zgrzebłowicz, z oczu mu widać, z boku to obserwuję, ledwo mu ślipia nie wylecą, tak się w ciebie wpatruje, ale, niechże się zdrów wpatruje sobie. Bo najprzód: Zgrzebłowicz.... Zgrzebłowicz? Powiedz sama, to coś stajnią pachnie; a potem, wychowanie: po francuzku to się nawet nie nauczyło; a dalej, lat trzydzieści sześć najmniej, ojcemby twoim być mógł; a na ostatku, cóż? dzierżawą chodzi. Prawda, że dzierżawa duża i liczą go na tysięcy ośmdziesiąt, ale, cóż to dla ciebie!... Ty, życie moje, idziesz u mnie nie na tysiące, ale na miliony.
Przy tem słowie matka z córką uściskały się serdecznie.
? Miliony, mój skarbie.
? Mameczko najdroższa! Ja bez ciebie nie chcę.
? Ani za mąż?
? Ani do raju.
? Jakżeżby Stwórca ? podchwyciła p. Tulicka ? przywiązania podobnego wynagrodzić nie miał! Nie, książę Albert napróżno śnić mi się nie może. Niema się zresztą co śpieszyć. Masz lat siedmnaście.
? Mamo! ? podchwyciła Olesia tonem protestacyi.
? Masz lat siedmnaście ? powtórzyła matka ze
znaczącym naciskiem ? możesz wiec czekać, aż się kto trafi godny ciebie. Ale ? dodała ? za tem nie idzie, ażebyś dla Zgrzebłowicza niegrzeczną być miała. Bądź dla niego grzeczną, a jeżeliby ci do zrozumienia dał, że o ręce twojej myśli, odeszlij go do mnie ? odeszlij go do mnie ? ja mu odprawę dam, no....
? Co to za szczęście wielkie mieć matkę taką! ? odezwała się Olesia z westchnieniem, wzrok w górę podnosząc.
? Moja ty dziecko drogie!
? Moja mamusineczeczko najmilsza!
W dniu tym samym przy wieczerzy, przy której sami jeno zasiadali domowi, zaszła scena na poły furioso, wywołana niechcący przez Stanisława. Ten, od dawnego już czasu, względem sióstr, względem ciotki i względem kuzynki, przybrał ton drwiący, którym wszystkie z niemi rozmowy prowadził. Ton ten miał swoją racyę bytu. Przyczyna onego tkwiła w kierunku, nadanym wychowaniu przez tę, co się matkę zastąpić podjęła. Był to więc odwet, sprowadzony drogą naturalną. Zamiast miłości owej, wytkniętej jako wychowania cel główny, szyderstwo. Stanisław nie umiał na seryo do niewieściej połowy rodzeństwa własnego przemawiać. I obecnie, podżartowywał z Henrysi, podżartowywał z Ewuni, posyłał rykoszety Olesi, wkońcu odezwał się, nabierając sobie zrazów na talerz:
? Wielka nowina!.... kto ciekawy, niech chrząknie, do ucha mu ją szepnę.
? Ja nie Ciekawam ? odezwała się panna Henryka.
? Ani ty? ? zapytał Stanisław Ewuni.
? Ani ja.
? Ani prześliczna kuzyneczka? Olesia, tknięta snadź przymiotnikiem, który miałzakrój uszczypliwy, odchrząknęła.
? O.... podchwycił Stanisław ? dobra. Po wieczerzy przeto pójdziemy tam, gdzieby nas nikt nie słyszał i powiem nowinę, która ciebie właśnie, piękna kuzynko, najmocniej obchodzi..
? Dziękuję ? odparła panna Aleksandra, popierając odpowiedź minką nadąsaną.
? Chrząknęłaś przecie....
? Niechcący. Nie Ciekawam wcale.
? Hm, pięknie. Jest to dla mnie rodzaj harbuza, udzielonego mi kollektywnie przez siostry rodzone i przez siostrę nierodzoną. Cóż ja, nieszczęśliwy, zrobię z nowiną, którą obarczon jestem? ?
? Powiedz ją w głos ? wyrwała się Ewunia.
? Chyba że tak. A więc słuchajcie. Tyczy się to szczególnie zasiadających przy stole tym panien na wydaniu, zaczynając od Ewuni, lat piętnaście, przechodząc do Henrysi, lat ośmnaścia i kończąc na najnadobniejszej i najłaskawszej kuzyneczce dobrodziejce, której wieku nie dotykam przez wzgląd na...
Rzucił okiem na ciotkę ? ta oczami niby zarzewiem świeciła; rzucił okiem na pannę Aleksandrynę ? tej policzki w płomieniach stały. Uciął więc, uśmiechnął się i znowu zaczął przeciągając wyrazy: ... przez wzgląd na... hm... wrodzony niewiastom do tajemnic pociąg, pociąg który....
? Jabym ? podchwyciła pani Tulicka, głosem w którym czuć się dawał wysiłek, pochodzący od powściągania się ? jabym, Stasiu kochany, pragnęła wyprosić u ciebie, ażebyś sióstr twoich nie brał za przedmiot żartów.,