Dwór w Chrustowie : powieść, Jeż Teodor Tomasz - str. 7
Troskliwi jednak rodzice dwa razy pomyślą, zanim zdecydują się na krok, zagrażający zgubą dziecku.... Co do mnie, mówię otwarcie, gdybym syna miała, wolałabym, ażeby pod okiem mojem wyrósł na głupca, ale uczciwego, niż żeby zostać miał rozumnym, ale łajdakiem... Takie moje zdanie... U mnie uczciwość trzyma miejsce pierwsze, po niej dopiero idzie rozum... Moralność przedewszystkiem...
Pan Marek nogą kiwał, fajkę palił i nic nie odpowiadał.
? Moralność przedewszystkiem... prawiła pani Tulicka. Wiem ja, że świat teraźniejszy inaczej się na tę kwestyę zapatruje, ale też... świat teraźniejszy!.. Co to za zepsucie!..
Wysławiała edukacyę domową, ? przytaczając przykłady liczne ludzi, co do szkół nie chodzili, a przecie chlubę rodzajowi człowieczemu przynoszą. W przytaczaniu przykładów, zaczynała od sąsiadów, od hrabiów X., od baronów Y., od książąt Z., wymieniała następnie znakomitości narodowe i europejskie, a kończyła na Bogu.
? Chrystus pan ? powiadała ? czy chodził do szkoły jakiej?... Edukacyą jego zajmowali się: prosty cieśla i matka, a przecie, każdy to przyzna, edukacya Chrystusa Pana jest najwyższym, najszczytniejszym i najlepszym wzorem... Trzymajmyż się wzoru tego... Nie bądźmy Faryzeuszami, co to przykład uznają, ale we względzie wykonania uciekają się do sofizmatów, dla tego tylko, że wygodniej dziecko w cudze oddać ręce, zapłacić i nie troszczyć się, co się z niem stanie..
Pan Marek nogą kiwał, fajkę palił i nic nie odpowiadał. Silnem postanowieniem jego było: oddać Gucia do szkół. Odkładał jednak z roku na rok,
Pan Marek nogą kiwał, fajkę palił i nic nie odpowiadał.
? Moralność przedewszystkiem... prawiła pani Tulicka. Wiem ja, że świat teraźniejszy inaczej się na tę kwestyę zapatruje, ale też... świat teraźniejszy!.. Co to za zepsucie!..
Wysławiała edukacyę domową, ? przytaczając przykłady liczne ludzi, co do szkół nie chodzili, a przecie chlubę rodzajowi człowieczemu przynoszą. W przytaczaniu przykładów, zaczynała od sąsiadów, od hrabiów X., od baronów Y., od książąt Z., wymieniała następnie znakomitości narodowe i europejskie, a kończyła na Bogu.
? Chrystus pan ? powiadała ? czy chodził do szkoły jakiej?... Edukacyą jego zajmowali się: prosty cieśla i matka, a przecie, każdy to przyzna, edukacya Chrystusa Pana jest najwyższym, najszczytniejszym i najlepszym wzorem... Trzymajmyż się wzoru tego... Nie bądźmy Faryzeuszami, co to przykład uznają, ale we względzie wykonania uciekają się do sofizmatów, dla tego tylko, że wygodniej dziecko w cudze oddać ręce, zapłacić i nie troszczyć się, co się z niem stanie..
Pan Marek nogą kiwał, fajkę palił i nic nie odpowiadał. Silnem postanowieniem jego było: oddać Gucia do szkół. Odkładał jednak z roku na rok,
i to nie dla czego innego, jeno dla przeszkód jakicheś nieprzewidzianych, które zachodziły za każdym razem, gdy się rok szkolny rozpoczynał. Raz zajechali goście i bawili przez tydzień cały. Drugi raz wypadła właśnie sprawa graniczna, w której pan Marek prezesował. Znów, sąsiad córkę wydawał i na wesele zaprosił. To znów rozpoczął się był nadzwyczajnie interesujący preferansik, w którym jeden z partnerów, grając ustawicznie, ustawicznie przegrywał i doszedł tym sposobem do kilkunastu tysięcy punktów. Ciekawą była rzecz, jak się to skończy. Przegrany wezwał Gucia, ażeby miejsce jego zajął. Jak tylko Gucio karty do rąk wziął, natychmiast się szczęście odmieniło: zaczął wygrywać i odegrał partnera zupełnie. Preferansik ów, po Którym w okolicy wspomnienie pozostało, rozpoczął się był właśnie we wigilię dnia, przeznaczonego na wyjazd do szkół i trwał z przerwami przez dni cztery. Przeszkodą ostatnią był deszcz ulewny, z piorunami i gradem. Pioruny wprawdzie szkody nie sprawiły żadnej, ale grad stłukł do szczętu z piętnaście morgów i zupełnie panu Markowi z pamięci wybił, że miał syna do szkoły odwieźć. Przypomniał sobie o tem pan Marek dopiero w miesiąc później.
? A! zawołał ? bodaj to dyabli wszyscy porwali!
Odłożył rzecz na rok następny i w kalendarzu zanotował.
Cóż ale! W ciągu roku tego Guciowi wąsy się zasiały, aż miło.
Wraz z pojawieniem się tej ozdoby oblicza męzkiego, chłopak poczuł w sobie bożą wolę. Kochać się począł, wybrawszy za przedmiot zapałów miłosnych sąsiadkę o lat siedm starszą od siebie. Zwie-
? A! zawołał ? bodaj to dyabli wszyscy porwali!
Odłożył rzecz na rok następny i w kalendarzu zanotował.
Cóż ale! W ciągu roku tego Guciowi wąsy się zasiały, aż miło.
Wraz z pojawieniem się tej ozdoby oblicza męzkiego, chłopak poczuł w sobie bożą wolę. Kochać się począł, wybrawszy za przedmiot zapałów miłosnych sąsiadkę o lat siedm starszą od siebie. Zwie-
rzył się z tem przed Ewunią, Ewunia wiadomości tej udzieliła pod sekretem Henrysi, Henrysia powiedziała Olesi, Olesia matce, ta zaś ostatnia panu Markowi, który przez nos czmychnął, głową lekko kiwnął i z ust rzucił wyraz:
? Głupstwo...
? Zgadzam się w tem z bratem kochanym ? odparła pani Tulicka. Ale...
? Przecież to smarkacz, a to panna na wydaniu.
? Słusznie brat kochany powiada.... Panna jednak i nie brzydka, i nie najgorzej wychowana, i nie bez posagu... Ztąd widać, że Gucio ma gust dobry i wybrać potrafi, pomimo, że w szkołach nie był... Czemuż to Staś nie myśli?... Staś ma już lat...
? Dwadzieścia ? podpowiedział pan Marek.
? Dwadzieścia? ? podchwyciła pani Tulicka ze zdumieniem.
Zdziwienia pani Tulickiej powodem było to, że pomiędzy Stasiem a Olesia zachodziło, co do wieku, miesięcy trzy różnicy. Olesia o miesięcy trzy starszą od Stasia była. On miał lat dwadzieścia i ona miała lat dwadzieścia. Po Stasiu szła Henrysia ? lat ośmnaście, po Henrysi Ewunia ? lat piętnaście, po Ewuni Gucio ? lat czternaście. P. Tulicka szybko w myśli obrachunek ten zrobiła, oczy jej zamigotały ? i odrzekła:
? Mój Boże!... jak leż to, proszę brata kochanego, czas szybko biegnie!... Toć Olesia moja, taką rzeczą, ma już lat...
? Dwa... zaczął pan Marek.
? Siedmnaście ? podchwyciła. Tak... siedmnaście, a raczej siedmnasty.... pamiętam bowiem doskonale, ona przyszła na świat i wkrótce jakoś
? Głupstwo...
? Zgadzam się w tem z bratem kochanym ? odparła pani Tulicka. Ale...
? Przecież to smarkacz, a to panna na wydaniu.
? Słusznie brat kochany powiada.... Panna jednak i nie brzydka, i nie najgorzej wychowana, i nie bez posagu... Ztąd widać, że Gucio ma gust dobry i wybrać potrafi, pomimo, że w szkołach nie był... Czemuż to Staś nie myśli?... Staś ma już lat...
? Dwadzieścia ? podpowiedział pan Marek.
? Dwadzieścia? ? podchwyciła pani Tulicka ze zdumieniem.
Zdziwienia pani Tulickiej powodem było to, że pomiędzy Stasiem a Olesia zachodziło, co do wieku, miesięcy trzy różnicy. Olesia o miesięcy trzy starszą od Stasia była. On miał lat dwadzieścia i ona miała lat dwadzieścia. Po Stasiu szła Henrysia ? lat ośmnaście, po Henrysi Ewunia ? lat piętnaście, po Ewuni Gucio ? lat czternaście. P. Tulicka szybko w myśli obrachunek ten zrobiła, oczy jej zamigotały ? i odrzekła:
? Mój Boże!... jak leż to, proszę brata kochanego, czas szybko biegnie!... Toć Olesia moja, taką rzeczą, ma już lat...
? Dwa... zaczął pan Marek.
? Siedmnaście ? podchwyciła. Tak... siedmnaście, a raczej siedmnasty.... pamiętam bowiem doskonale, ona przyszła na świat i wkrótce jakoś
potem, we dwa czy we trzy miesiące później, nieboszczka bratowa powiła syna...
? Stasia...
? Ale gdzież tam!.. Brat kochany zapomniał chyba... Ot co!.. Nie Stasia, ale nieboszczyka Michasia... Ja powiłam Olesię. a bratowa powiła Michasia... Gdzież Stasia!.. Jeszcze co!.. Olesia moja będzie miała lat siedmnaście...
? Pora za mąż ? rzekł pan Marek z uśmiechem.
Pani Tulicka westchnęła.
Wiedziała ona o tem od lat trzech i nie dla czego innego córkę wychowała, tylko na to, ażeby ją wydać. Tu jednak zachodził sęk. "Wydać? Kiedy po raz pierwszy zapytanie te sobie zadała, w odpowiedzi na nie stworzyła ideał zięcia, człowieka młodego, dobrze wychowanego, przyzwoitego, łagodnego, poczciwego, statecznego i niebardzo ubogiego. Życzenia jej były umiarkowane i skromne; z biegiem atoli czasu wzrastały powoli, a to dla tego, że Olesia wydawała się jej doskonałością, do której mąż powinienby choć trochę się stosować. Do zalet przeto wyżej wymienionych, które uważała za. warunek sine qua non, dodała najprzód ród, następuie majątek. Co się rodu tyczy, zaczęła od dobrego szlachcica".
? Na to teraz niby nie zważają.... postępowce.... powiadała sobie, wymawiając wyraz ostatni z przekąsnym naciskiem ? ale przecie, coś to znaczy... Gdyby znaczyć nie miało nic, toćby szlachty nie było; kiedy jest, to lepszy szlachcic niż kto inny... byleby się nie chwalił i nie wynosił...
Wyszła więc z punktu "dobrego szlachcica" ? człowieka młodego, dobrze wychowanego, przyzwoitego, łagodnego, poczciwego i nie bardzo ubogiego.
? Stasia...
? Ale gdzież tam!.. Brat kochany zapomniał chyba... Ot co!.. Nie Stasia, ale nieboszczyka Michasia... Ja powiłam Olesię. a bratowa powiła Michasia... Gdzież Stasia!.. Jeszcze co!.. Olesia moja będzie miała lat siedmnaście...
? Pora za mąż ? rzekł pan Marek z uśmiechem.
Pani Tulicka westchnęła.
Wiedziała ona o tem od lat trzech i nie dla czego innego córkę wychowała, tylko na to, ażeby ją wydać. Tu jednak zachodził sęk. "Wydać? Kiedy po raz pierwszy zapytanie te sobie zadała, w odpowiedzi na nie stworzyła ideał zięcia, człowieka młodego, dobrze wychowanego, przyzwoitego, łagodnego, poczciwego, statecznego i niebardzo ubogiego. Życzenia jej były umiarkowane i skromne; z biegiem atoli czasu wzrastały powoli, a to dla tego, że Olesia wydawała się jej doskonałością, do której mąż powinienby choć trochę się stosować. Do zalet przeto wyżej wymienionych, które uważała za. warunek sine qua non, dodała najprzód ród, następuie majątek. Co się rodu tyczy, zaczęła od dobrego szlachcica".
? Na to teraz niby nie zważają.... postępowce.... powiadała sobie, wymawiając wyraz ostatni z przekąsnym naciskiem ? ale przecie, coś to znaczy... Gdyby znaczyć nie miało nic, toćby szlachty nie było; kiedy jest, to lepszy szlachcic niż kto inny... byleby się nie chwalił i nie wynosił...
Wyszła więc z punktu "dobrego szlachcica" ? człowieka młodego, dobrze wychowanego, przyzwoitego, łagodnego, poczciwego i nie bardzo ubogiego.
A to samo rozumowanie, które jej na myśl "dobrego szlachcica" nasunęło, nasunęło następnie barona.
? Baron?.. nie!.. zawołała. U nas, Bogu dzięki, hrabiów jest tyle!... Moja Olesia... hrabina... o! Boże jedyny...
Uśmiechała się sama do siebie, z radości, z rozrzewnienia, z rozkoszy.
? I cóż to niepodobnego?.. Hrabina...
Kiedy jednak Olesia powinszowanie jej na imieniny wierszami ułożyła i takowe oddeklamowała, rozpłakało się matczysko i wnet rojonego zięcia
o szczebel jeden podniosła.
? Nie hrabina lecz księżna... księżna... księżna... księżna pani...
Naznaczyła sobie do Matki Bożej nowennę, koronki i różaniec. W odmawianych litaniach, których skuteczności doświadczyła, przed prośbą: "Od nagłej
i niespodziewanej śmierci", dodawała: "Ód tego, żeby mężem Olesi był nie książe, zachowaj nas, Panie" Słowem zrobiła wszystko, co zrobić było można i co za pożyteczne uważała.
Co do majątku, ten wzrastał odpowiednio do pożądań rodowych. Zięcia pierwotnie pragnęła "nie bardzo ubogiego, " następnie dosyć zamożnego, dalej zamożnego, hrabiemu pozwalała na fortunę donośną, od księcia atoli wymagała, ażeby był bogatym, dobrze bogatym.... milionowym.
? Co po tytułach bez majątku?.... A że Olesia wstydu nie zrobi i od milionów dobrze będzie odbijała, tego więcej jak pewną jestem.... Taki skarb jak ona!.... czyż są do opłacenia jej miliony?
Sięgała rojeniem jeszcze wyżej. Bywały momenty, w których książe nie wydawał się ręki jej córki godnym. Błąkała się myślami po tronach,
? Baron?.. nie!.. zawołała. U nas, Bogu dzięki, hrabiów jest tyle!... Moja Olesia... hrabina... o! Boże jedyny...
Uśmiechała się sama do siebie, z radości, z rozrzewnienia, z rozkoszy.
? I cóż to niepodobnego?.. Hrabina...
Kiedy jednak Olesia powinszowanie jej na imieniny wierszami ułożyła i takowe oddeklamowała, rozpłakało się matczysko i wnet rojonego zięcia
o szczebel jeden podniosła.
? Nie hrabina lecz księżna... księżna... księżna... księżna pani...
Naznaczyła sobie do Matki Bożej nowennę, koronki i różaniec. W odmawianych litaniach, których skuteczności doświadczyła, przed prośbą: "Od nagłej
i niespodziewanej śmierci", dodawała: "Ód tego, żeby mężem Olesi był nie książe, zachowaj nas, Panie" Słowem zrobiła wszystko, co zrobić było można i co za pożyteczne uważała.
Co do majątku, ten wzrastał odpowiednio do pożądań rodowych. Zięcia pierwotnie pragnęła "nie bardzo ubogiego, " następnie dosyć zamożnego, dalej zamożnego, hrabiemu pozwalała na fortunę donośną, od księcia atoli wymagała, ażeby był bogatym, dobrze bogatym.... milionowym.
? Co po tytułach bez majątku?.... A że Olesia wstydu nie zrobi i od milionów dobrze będzie odbijała, tego więcej jak pewną jestem.... Taki skarb jak ona!.... czyż są do opłacenia jej miliony?
Sięgała rojeniem jeszcze wyżej. Bywały momenty, w których książe nie wydawał się ręki jej córki godnym. Błąkała się myślami po tronach,


