Dwór w Chrustowie : powieść, Jeż Teodor Tomasz - str. 6
niego niezależnych. Musiał zostać nauczycielem, biorąc zadanie swoje w znaczeniu jarzma, w którem szedł, bo innej rady nie było. Pełnił też funkcyę swoją mechanicznie, tak w klassie jak w domu. Był to malarz, malujący kwiaty, pejzaże i postacie, wedle patronów kolejno przykładanych. Pani Tulicka przywiozła idu Stasia z zaleceniem następującem:
? Powierzając panu dobrodziejowi dziecko, mam sobie za obowiązek przedstawić je takiem, jakiem ono jest... Pomówię z panem otwarcie... otwartość to słabość moja... Jestto chłopiec zepsuty...
? Tak, pani dobrodziejko... Któż, mianowicie zepsuł go?..
? Nikt, panie dobrodzieju... zepsuty z natury...
? W jakimże, mianowicie, kierunku?... rozpieszczony?...
? Tak... hm... zapewne... troche i rozpieszczony.... To moja wina, przyznaję się do takowej otwarcie... Dzieci zostały bez matki... sieroty... trudno było nie mieć serca dla nich... Przygarnęłam je, przytuliłam i otrzymałam w zamian... niewdzięczność!..
Wyraz ostatni z takim wymówiła naciskiem, że Hakiewicz aż się zląkł i zawołał:
? A!.. to wielka przywara!.
? Otwarcie panu dobrodziejowi mówie o niej, raz, że nieotwartą być nie umiem, powtore, że pan dobrodziej potrzebujesz znać temperamenta, zalety i wady dzieci, opiece jego powierzanych... Spodziewam się, że pan Stasia poprawisz...
? O... no... i ja się tego spodziewam... My po-. siadamy sposoby...
? Owóż ja na sposoby te liczę... Środki domowe okazały się bezskutecznemi.... Robiłam wszystko,
? Powierzając panu dobrodziejowi dziecko, mam sobie za obowiązek przedstawić je takiem, jakiem ono jest... Pomówię z panem otwarcie... otwartość to słabość moja... Jestto chłopiec zepsuty...
? Tak, pani dobrodziejko... Któż, mianowicie zepsuł go?..
? Nikt, panie dobrodzieju... zepsuty z natury...
? W jakimże, mianowicie, kierunku?... rozpieszczony?...
? Tak... hm... zapewne... troche i rozpieszczony.... To moja wina, przyznaję się do takowej otwarcie... Dzieci zostały bez matki... sieroty... trudno było nie mieć serca dla nich... Przygarnęłam je, przytuliłam i otrzymałam w zamian... niewdzięczność!..
Wyraz ostatni z takim wymówiła naciskiem, że Hakiewicz aż się zląkł i zawołał:
? A!.. to wielka przywara!.
? Otwarcie panu dobrodziejowi mówie o niej, raz, że nieotwartą być nie umiem, powtore, że pan dobrodziej potrzebujesz znać temperamenta, zalety i wady dzieci, opiece jego powierzanych... Spodziewam się, że pan Stasia poprawisz...
? O... no... i ja się tego spodziewam... My po-. siadamy sposoby...
? Owóż ja na sposoby te liczę... Środki domowe okazały się bezskutecznemi.... Robiłam wszystko,
com mogła, ażeby w sercu tego dziecka obudzić uczucie... Spodziewam się, że pan dobrodziej...
? Będziemy się starali, pani dobrodziejko...
Pan Hakiewicz, poinformowany w ten sposób,
wziął się odpowiednio do naprawiania przywary, która w istocie nie istniała wcale. Ażeby nieistniejącą naprawiać, należało ją stworzyć, wywołać. Jest u nas przysłowie: "Jeżeli ci trzej powiedzą, żeś pijany, idź spać". Pan Hakiewicz jak zaczął chłopca ostrzegać przeciwko niewdzięczności, jak zaczął go morałami karmić i karami ścigać, tak i wyrobił w nim, nie niewdzięczność wprawdzie, ale rodzaj pewien zawziętości do ciotki, za postawienie go w pozycyi fałszywej. Chłopak zawziętość tę okazywał na wakacyach. Wzrastała ona z latami, a punktem wychodnim onej było buntowanie sióstr przeciwko opiekunce. Gdy te, naprzykład, mitygowały go, kiedy coś zakazanego przedsiębrał, powiadając:
? Ciocia będzie się gniewała... '
? Co mi, ciocia!.. odpowiadał.
I ku zgrozie, ku zgorszeniu Henrysi i Ewuni, wyszukiwał w pani Tulickiej strony śmieszne i wytykał takowe.
Dziewczęta wygadały się przed Olesia, Olesia powtórzyła matce ? i zawrzała głucha wojna domowa. W wojnie tej, pani Tulicka z córką stanowiła obóz, który wzmacniała za pomocą przybierania sprzymierzeńców z rodziny Szamotów, przypuszczając do łask szczególnych, to Henrysię, to Ewunię, to Gucia, bądź pojedynczo, bądź też po dwoje, bądź znów wszystkie razem. Zależało to od potrzeby, humoru i fantazyi. Czasami odpychała Szamocięta wszystkie i pozowała na ofiarę. Wówczas Henrysia i Ewu-
? Będziemy się starali, pani dobrodziejko...
Pan Hakiewicz, poinformowany w ten sposób,
wziął się odpowiednio do naprawiania przywary, która w istocie nie istniała wcale. Ażeby nieistniejącą naprawiać, należało ją stworzyć, wywołać. Jest u nas przysłowie: "Jeżeli ci trzej powiedzą, żeś pijany, idź spać". Pan Hakiewicz jak zaczął chłopca ostrzegać przeciwko niewdzięczności, jak zaczął go morałami karmić i karami ścigać, tak i wyrobił w nim, nie niewdzięczność wprawdzie, ale rodzaj pewien zawziętości do ciotki, za postawienie go w pozycyi fałszywej. Chłopak zawziętość tę okazywał na wakacyach. Wzrastała ona z latami, a punktem wychodnim onej było buntowanie sióstr przeciwko opiekunce. Gdy te, naprzykład, mitygowały go, kiedy coś zakazanego przedsiębrał, powiadając:
? Ciocia będzie się gniewała... '
? Co mi, ciocia!.. odpowiadał.
I ku zgrozie, ku zgorszeniu Henrysi i Ewuni, wyszukiwał w pani Tulickiej strony śmieszne i wytykał takowe.
Dziewczęta wygadały się przed Olesia, Olesia powtórzyła matce ? i zawrzała głucha wojna domowa. W wojnie tej, pani Tulicka z córką stanowiła obóz, który wzmacniała za pomocą przybierania sprzymierzeńców z rodziny Szamotów, przypuszczając do łask szczególnych, to Henrysię, to Ewunię, to Gucia, bądź pojedynczo, bądź też po dwoje, bądź znów wszystkie razem. Zależało to od potrzeby, humoru i fantazyi. Czasami odpychała Szamocięta wszystkie i pozowała na ofiarę. Wówczas Henrysia i Ewu-
nia musiały w pokorę uderzać i ciocię o przebaczenie błagać.
Wychowywanie takie odbiło się na nauce.
Wychowanie do nauki ma się, jak sos "względem substancyi, stanowiącej potrawę. Wychowanie odpowiednie naukę umila i upożytecznia. To też, napróżno pan Marek przyjmował i opłacał nauczycieli i nauczycielki. Nie zdołali oni przemienić sosu, w którym nauczanie pływało: pożyteczność ich przeto ograniczała się na tem jedynie, że udzielili uczennicom i uczniom wiadomości w szczupłym zakresie, otwierając szerokie domysłom pole. Pani Tulicka dozorowała szczególnie Olesi; ale... chodziło jej przedewszystkiem o to, ażeby jedynaczce swojej nadać polor, i dla tego wymagała, ażeby ją uczono szczególnie: języka francuzkiego, muzyki i tańców. Trzy te przedmioty, były to przedmioty główne, inne czepiały się ich dodatkowo, udzielając się bardziej dla tego, że stanowiły niejako atmosferę dworu w Chrustowie, aniżeli dla tego, ażeby potrzeba ich uznawaną być miała.
? Od Czegoż książki!.. powiadała.
Pan Marek posiadał księgozbiór, który częścią dla tego, że i sam miał dla książek szacunek, bardziej zaś dla tego, że do nabywania takowych wciągnął się za życia nieboszczki żony, zbogacał corocznie ilością pewną dzieł, należących przeważnie do działu belletrystyki. Nie było tam doboru szczególnego, nie brakło jednak autorów celniejszych z epoki Stanisławowskiej i Mickiewiczowskiej. Te to książki miała pani Tulicka na myśli, uważając je za materyał dostateczny do dokompletowania edukacyi, zarysowywanej przez trzy guwernantki i jednego guwernera, którzy z kolei lat ośmiu przesunęli się
Wychowywanie takie odbiło się na nauce.
Wychowanie do nauki ma się, jak sos "względem substancyi, stanowiącej potrawę. Wychowanie odpowiednie naukę umila i upożytecznia. To też, napróżno pan Marek przyjmował i opłacał nauczycieli i nauczycielki. Nie zdołali oni przemienić sosu, w którym nauczanie pływało: pożyteczność ich przeto ograniczała się na tem jedynie, że udzielili uczennicom i uczniom wiadomości w szczupłym zakresie, otwierając szerokie domysłom pole. Pani Tulicka dozorowała szczególnie Olesi; ale... chodziło jej przedewszystkiem o to, ażeby jedynaczce swojej nadać polor, i dla tego wymagała, ażeby ją uczono szczególnie: języka francuzkiego, muzyki i tańców. Trzy te przedmioty, były to przedmioty główne, inne czepiały się ich dodatkowo, udzielając się bardziej dla tego, że stanowiły niejako atmosferę dworu w Chrustowie, aniżeli dla tego, ażeby potrzeba ich uznawaną być miała.
? Od Czegoż książki!.. powiadała.
Pan Marek posiadał księgozbiór, który częścią dla tego, że i sam miał dla książek szacunek, bardziej zaś dla tego, że do nabywania takowych wciągnął się za życia nieboszczki żony, zbogacał corocznie ilością pewną dzieł, należących przeważnie do działu belletrystyki. Nie było tam doboru szczególnego, nie brakło jednak autorów celniejszych z epoki Stanisławowskiej i Mickiewiczowskiej. Te to książki miała pani Tulicka na myśli, uważając je za materyał dostateczny do dokompletowania edukacyi, zarysowywanej przez trzy guwernantki i jednego guwernera, którzy z kolei lat ośmiu przesunęli się
przez Chrustów, z przerwami trwającemi raz dłużej, drugi raz krócej. Zdarzyło się, że rok cały dzieci uczyły się same; zdarzało się i tak, że się nie uczyły niczego pomimo obecności nauczycielki. W naukach nie było ani ciągu, ani systemu: odbywały się dorywczo, sposobem chwytanym i stosowały się całkowicie do Olesi, która w koncercie tym bezładnym prym wiodła od początku do końca, służąc kuzynkom za przykład do naśladowania im podawany.
? Zapatrujcie się na Olesie ? powtarzała pani Tulicka ? jak ona korzysta!.. jak gra!.. jak tańczy!... jak pilnie czyta!..
Olesia mówiła po francuzku dość biegle, na fortepianie brzdąkała, solowych tańców parę egzekwowała i w rzeczy samej pilną czytelnicą była.
Przykład ten oddziaływał, zwłaszcza co się czytania tyczy. Panienki ustawicznie z książkami się nosiły, czytując takowe po kątach, w ogrodzie i w łóżku. Pochłaniały autorów szkoły romantycznej, studyowały Balzaka, Lamartina, Georges Sand, Wiktora Hugo, Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Kraszewskiego, Korzeniowskiego; poezyi uczyły się na pamięć, karmiły sobie wyobraźnię, bujały w eterach, i w końcu zachęcone przykładem Olesi, która mamie na imieniny powinszowanie zwierszowała, tworzyć poczęły piosenki, ballady i apostrofy tytułowane tajemniczo: "Do".
Ośm lat ubiegło, i w Chrustowskim dworze zadanie edukacyjne rozstrzygnęło się zupełnie. Olesia skończyła lat siedmnaście, wyrosła, sformowała się, wypiękniała i odbijała bardzo korzystnie od kuzynek, z których starsza, Henryka, o rok jeden O niej młodsza, nie stawała bynajmniej jako spół-
? Zapatrujcie się na Olesie ? powtarzała pani Tulicka ? jak ona korzysta!.. jak gra!.. jak tańczy!... jak pilnie czyta!..
Olesia mówiła po francuzku dość biegle, na fortepianie brzdąkała, solowych tańców parę egzekwowała i w rzeczy samej pilną czytelnicą była.
Przykład ten oddziaływał, zwłaszcza co się czytania tyczy. Panienki ustawicznie z książkami się nosiły, czytując takowe po kątach, w ogrodzie i w łóżku. Pochłaniały autorów szkoły romantycznej, studyowały Balzaka, Lamartina, Georges Sand, Wiktora Hugo, Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Kraszewskiego, Korzeniowskiego; poezyi uczyły się na pamięć, karmiły sobie wyobraźnię, bujały w eterach, i w końcu zachęcone przykładem Olesi, która mamie na imieniny powinszowanie zwierszowała, tworzyć poczęły piosenki, ballady i apostrofy tytułowane tajemniczo: "Do".
Ośm lat ubiegło, i w Chrustowskim dworze zadanie edukacyjne rozstrzygnęło się zupełnie. Olesia skończyła lat siedmnaście, wyrosła, sformowała się, wypiękniała i odbijała bardzo korzystnie od kuzynek, z których starsza, Henryka, o rok jeden O niej młodsza, nie stawała bynajmniej jako spół-
zawodniczka we względzie wdzięków niebezpieczna, młodsza zaś zaczynała dopiero rok czternasty.
Zadanie edukacyjne rozstrzygnęło się tak dla dziewcząt, jak dla chłopców.
Stanisław szkół nie kończył, Gustaw nie zaczynał. Z tym ostatnim rzecz poszła w odwłokę. Miano go do szkół oddać i dużo nawet o tem mówiono. Był za tem pan Marek, nastawał na to, odzywając się do Gucia kiedy niekiedy półżartem:
? A zbieraj-no się, mospanie... pora do szkoły...
Półżarty owe, szczerą intencyą nabrzmiałe, dawały pani Tulickiej powód do długich rozpraw, których tematem był: zgubny wpływ szkół na chłopców. Podług niej, szkoły były to miejsca zatracenia, jaskinie łotrowstwa, zakłady urabiające zgorszenie.
? Gdybym syna miała ? były jej słowa ? nie oddałabym go do szkół za żadne świata skarby...
Piła-jak to powiadają ? do Stanisława, tylko przez delikatność, ażeby serca ojcowskiego nie zranić, imienia jego nie wymieniała.
? Nauki! ? powiadała. Zkąd-że to nauki professorowie wykładają?.. czy nie z książek?.. Kto z nich korzysta?.. czy nie ten, co chce?.. Ten więc co chce w naukach się kształcić, czytać umiejąc i książki mając, może się mędrcem zrobić i bez szkół i bez professorów...
Rozwodziła się nad towarzystwem źle dobranem, nad zgubnemi przykładami, nad niedbalstwem dozoru ze strony przełożonych.
? Szkoły są na to ? było jej zdanie ? ażeby rodzicom, którzy sami nad dziećmi czuwać nie chcą lub nie mogą, kłopot z głowy zdejmować... Wypchną chłopca z domu i pozbyli się ambarasu...
Zadanie edukacyjne rozstrzygnęło się tak dla dziewcząt, jak dla chłopców.
Stanisław szkół nie kończył, Gustaw nie zaczynał. Z tym ostatnim rzecz poszła w odwłokę. Miano go do szkół oddać i dużo nawet o tem mówiono. Był za tem pan Marek, nastawał na to, odzywając się do Gucia kiedy niekiedy półżartem:
? A zbieraj-no się, mospanie... pora do szkoły...
Półżarty owe, szczerą intencyą nabrzmiałe, dawały pani Tulickiej powód do długich rozpraw, których tematem był: zgubny wpływ szkół na chłopców. Podług niej, szkoły były to miejsca zatracenia, jaskinie łotrowstwa, zakłady urabiające zgorszenie.
? Gdybym syna miała ? były jej słowa ? nie oddałabym go do szkół za żadne świata skarby...
Piła-jak to powiadają ? do Stanisława, tylko przez delikatność, ażeby serca ojcowskiego nie zranić, imienia jego nie wymieniała.
? Nauki! ? powiadała. Zkąd-że to nauki professorowie wykładają?.. czy nie z książek?.. Kto z nich korzysta?.. czy nie ten, co chce?.. Ten więc co chce w naukach się kształcić, czytać umiejąc i książki mając, może się mędrcem zrobić i bez szkół i bez professorów...
Rozwodziła się nad towarzystwem źle dobranem, nad zgubnemi przykładami, nad niedbalstwem dozoru ze strony przełożonych.
? Szkoły są na to ? było jej zdanie ? ażeby rodzicom, którzy sami nad dziećmi czuwać nie chcą lub nie mogą, kłopot z głowy zdejmować... Wypchną chłopca z domu i pozbyli się ambarasu...


