Zobacz też:







Koincydencya nie wykazała się, a to dla tego szczególnie, że najświeższe podania lokowały pannę Emmę we Włoszech, w towarzystwie trębacza od huzarów.
Po upływie tygodni kilku, zapomniano o Adamie, a raczej zajmować się nim zaprzestano. My atoli zrobimy odwrotnie: zaprzestaniemy zajmować się światem, w którym z nim zabraliśmy znajomość. Zabłądziliśmy tu mimochodem i z przyjemnością wracamy do świata wiejskiego, na horyzoncie którego pojawi się nasz Adam niebawem.
Czytelnik domyśla się zapewne, że młody autor w utrapieniu swojem i w upadku na duchu, nie gdzieindziej schronienia szukał, jeno u pana Andrzeja.
W Zahorowie był on oddawna gościem oczekiwanym. Pan Zgrzebłowicz pisywał do niego bardzo rzadko, raz na rok, zazwyczaj około świąt Bożego Narodzenia ? posyłał mu opłatek i życzenia, do których nie zaniechiwał nigdy dołączać zaprosin następującej treści:
"Spodziewam się, że w roku następnym, jeżeli czas ci pozwoli, odwiedzisz nas na wsi i zabierzesz znajomość ze swoją ciotką, pragnącą poznać ciebie, i z rodzeństwem wujeeznem, które kocha cię na niewidziane, mianowicie zaś imiennik twój, Adaś, mój pierworodny".
Kolej żelazna powiozła Adama do stacyi o mil dziesiątek od Zahorowa oddalonej. Był to najbliższy od drogi żelaznej punkt. W punkcie tym najął, nie bez trudności, Jurę żydowską i tą w dalszą puścił się wędrówkę. Żyd furman obiecał w jednym dniu dowieźć go do kresu podróży
? Mil dziesięć! ? reflektował go Adam.
? Nu, taj co!. Mil dziesięć!.. Owa!.. Tylko świsnę na konie z batogiem, to one nie dziesięć a piętnaście, dwadzieścia mil duchem przelecą... O, moje konie!.. nie taką już one drogę robiły...
? A znasz dobrze drogę do Zahorowa?..
? I!.. jakżebym znać nie miał!.. Znam i Zahorów i pana Zgrzeblowicza, jak kieszenie moje... To się jedzie tak: na Kozubówkę. Mamraińce, Gawrony, mimo karczmy chrustowskiej, traktem wielkim do Skalicy, a ze Skalicy w prawo i Zahorów... Bodaj mi Bóg dał zdrowia tyle, ile ja tą drogą jeździł..
Była środa. Wyjechali: zaledwie jednak zrobili pół mili. aliści koń zakulał. Trudna rada. Kulawym koniem pośpieszać nie sposób ujechali mil dwie i stanęli na nocleg. Żyd potrafił nieszczęście moje z takiej przedstawić strony, że Adam za opóźnienie w podróży gniewać się nie mógł. Nazajutrz powtórzyło się to samo z tą jednak różnicą, że udało się im zrobić podwójną mil ilość. Zawlekli się do Gawronów i z Gawronów dociągnąć zdołali do karczmy chrustowskiej.
? Nie dotrzymałeś obietnicy ? przemówił Adam do furmana tonem wymówki.
? Ja nie obiecywał, że koń mi zakuleje.
? Jutro jednak zajedziemy?
? Ny.... jak Pan Bóg da, ja nie wiem.
? Wstańmy tylko do dnia.Żyd na to nie odpowiedział nic, wciągnął wóz na podsień, ulokował konie przy żłobie i zabrał się do odprawiania nabożeństwa w koszuli śmiertelnej. Adam umieszczony został w izbie gościnnej, w której blask słaby szerzyła jedyna świeczka smarkatka, włożona w ogromny lichtarz mosiężny. Do
iedzenia nie znalazł nic innego, jak tylko jaja i chleb. Posilił się i spać poszedł; obudził się przed świtem, ale jechać dalej nie mógł. Furman oświadczył mu, że konia w nocy mysze napadły.
? Cóż więc?
? Ny.... a cóż?
? Obietnica, panie furman.
? Czy ja obiecywał, że mysze konia mi napadną?
? Kiedyż wyjedziemy?
? Wyjedziemy kiedyś, jak Pan Bóg da doczekać.
? O południu?
Żyd czmoknął i głową pokręcił.
? Kiedyż więc?
? Albo ja wiem!
? Zaciągniemy jednak dziś do Zahorowa?
? Dziś? do Zahorowa? jeden koń kulawy, drugiemu krew puścić potrzeba.
? Panie furman! cóż to z tego będzie! ? zawołał Adam zniecierpliwiony.
? A cóżby być miało!
? Może koń wyzdrowieje do wieczora.
? Może ? odparł żyd obojętnie. A choć i wyzdrowieje.
? Jedźmy na całą noc.
? W szabas?....
Zapytał i usta jak do gwizdania złożył, odchodząc na stronę ze spokojem do rozpaczy przyprowadzić mogącym.
Adam też, w rzeczy samej, rozpaczy był blizki, ujrzawszy przed sobą w perspektywie całych dni dwa, piątek i sobotę, spędzonych w karczmie na trakcie. Co tu począć?
Dwa dni podróży znudziły go setnie. Była to jednakże podróż; był to ruch, który, acz powolny,
 
sprawiał atoli dystrakcyą jakąś. Część większą drogi odbywał Adam piechotą; idąc myślał, rozpatrywał się w okolicy, znajdował rozrywkę i dla umysłu i dla wzroku. Tu zaś, w karczmie, w towarzystwie tuzina bachurów ? co go czekało?
Udał się do Icka Rubinsztejna.
? Panie arendarzu ? przemówił prośby tonem ? czy nie moglibyście wystarać się dla mnie o furkę jakąś?
? Zkądże ja panu furkę wezmę? na trakcie, gdzie tu furka?
? Czy nie ma tu gdzie wsi jakiej w pobliżu?
? Ta czemuby być nie miała! Jest i nie jedna, O milę Gawrony, o pół mili Pużajków, o ćwierć mili Chrustów. I to uwieś, i to uwieś, i to uwieś.
? Gdybyście więc z Chrustowa naprzykład podwodę sprowadzili?
? Bi, bi ? odpowiedział żyd. głową kręcąc. Podwodę? jaką podwodę? na co podwodę?
? Ażeby mnie odwiozła do Zahorowa.
? To pan do Zahorowa?
? Do mego wuja, p. Adama Zgrzebłowicza.
? E! pan Zgrzebłowicz, to wujaszek pański? ? zapytał arendarz z oznaką ciekawości obudzonej.
Adam dał odpowiedź potwierdzającą, zapytując ze swojej strony:
? Znacie go, panie arendarzu?
? Phiii, jak swoje kieszenie. Pan Zgrzebłowicz wziął pannę z Chrustowa.
? Z tej wsi, co stąd o ćwierć mili?
? Z tej samej, ny. To pan o tem nie wiedział ? rzekł żyd, w którym zapytanie Adama podejrzenie wzbudziło. Wun pański wujaszek, a pan nie wie, skąd wun  sobie żonkę wziął.
? Nie wiedziałem.... ale.
W tej chwili Adamowi w głowie myśl błysnęła: udać się do Chrustowa z żądaniem pomocy. Potrzebował jednak pierwej informacyj niejakich.
? Ale ? ciągnął ? to nie przeszkadza temu, ażebym z rodziną wujenki mojej znajomości zabrać nie miał. Jakże się ona nazywa?
? Kto?
? Wujenka moja?
? Ny. Jak się nazywa? Nazywa się, pani Zgrzebłowiczowa.
? A z domu?
? Z domu? z Chrustowa, ze samego dworu.
? Ma ojca i matkę?
? Matki nie ma.
? A ojca?
? Ojca ma.
? Jakże jej ojcu na imię?
? Pan Szamota ? odpowiedział żyd, do muru niejako przyciśnięty.
? Człowiek familijny?
? Te, ta, a jakże! owo ? i kręcił Icek głową.
? A gdybym się ja do niego wprost udał?
? Nu, taj co!
? Czy to człowiek chętny i uczynny? Czy zechciałby mi zaradzić?
? Niech pan spróbuje ? odparł żyd, ramionami ściskając.
? Ale jakże się dostać do Chrustowa owego?
? Drogą przez las, i za lasem jeszcze trochę.
W Icku Adam, który najętą podróżował bryczką, i wiózł ze sobą książek dużo, nie wzbudzał uszanowania. Uczony goj, w oczach tych potomków Izraela, co się zakonu starego wiernie trzymają,