Zobacz też:







uwiązanej u wbitego na brzegu słupka i kołyszącej się na nurtach.
? Masz odwagę? ? zapytała łagodnie.
Adam, nic na to nie odrzekłszy, poszedł za jej przykładem.
? Usiądź tam, naprzeciwko.
Ukazała mu ręką ławeczkę, Adam usiadł. Ona toż samo uczyniła. W tej chwili łódź spłynęła, rwana nurtem ku środkowi rzeki.
? Co to znaczy? ? zapytał siebie Adam w duszy, z naciskiem wielkim, spowodowanym tak osobliwością zdarzenia całego, jako też tą podróżą nocną, tak niespodzianą.
Chciał już zapytać Nagle jednak krzyknął:
? A wiosła!
Spostrzegł się, że łódź nie posiadała ani wioseł, ani rudla i mknęła na woli prądu coraz szybciej i szybciej.
? Wiosła? ? odpowiedziała panna Emma. Płyniemy w dal przysłowiową, jak płynie tylu.... jak płyniesz ty, mój ? tu westchnęła ? niegdyś luby.
Adamowi zrobiło się nijako. Spojrzał ku brzegowi, ten był już daleko, spojrzał w górę, tam ujrzał lazurową banię gwiazdami usypaną, zaniepokojonym wzrokiem powiódł do koła, do koła rozlegały się ciche tonie a przed nim siedziała kobieta. Zatrzymał wzrok na niej. Ona zachowywała spokój zupełny.
? Mam do czynienia z waryatką ? przyszło Adamowi na myśl.
? Masz do czynienia ? odezwała się, jakby myśl jego odgadując ? z kobietą, która cię wielbiła... która niczego mocniej w życiu nie pragnęła, jak zjednoczyć się, zlać z tobą, być twoim wtórem, iść za
tobą. Powiedziałam ci to w liście, który w parku otrzymałeś. Chciałam powiedzieć raz jeszcze i raz jeszcze; chciałam uwagę twoją na siebie ściągnąć, a wkońcu do nóg ci się rzucić. O! wielbiłam ciebie bezmiernie. Zachwytem przejmowała mnie potęga twoja, potęga, którąś ty zmarnował.
Patrzyła mu w oczy i głową kiwała. Westchnęła.
A łódź pławiła się wciąż dalej i dalej.
? Zmarnowałeś potęgę i... zgłosiłeś się do mnie. Po co? Zadałam sobie to zapytanie, list twój otrzymawszy, i natychmiast pomyślałam: dobrze.... tylko teraz nie ja pójdę za nim, ale on pójdzie za mną.. " pójdzie tam dokąd ja go poprowadzę.
I zapytała po chwilce:
? Wiesz dokąd płyniemy?
? Pani! ? odparł zapytany ? ja tu nic a nic nie rozumiem.
Emma uśmiechnęła się, schyliła, wyjęła czop w dno łodzi wbity i precz go na rzekę cisnęła. Woda wnet wpływać poczęła do środka.
? Szalona! ? krzyknął Adam głosem przerażenia.
? Ha. ha ? odparła Emma spokojnie. W głębi łodzi są dwa kamienie, ze sznurkami oba. Ja uwiążę sobie do szyi jeden, ty uwiąż drugi.... pójdziemy na dno, za karę: ja za, to żem się zgorszyła uwielbieniem, ty za to, żeś zgorszenia przykład dał, marnując potęgę, której depozytorem byłeś. Idźmy na dno, mój niegdyś luby. Miej tę odwagę. Nie pozostaje ci zresztą już nic innego. Pozostaniemy jedno obok drugiego we wspólnym grobie, w topielach, śród rybek pogoni, będą nad nami fale szumiały.
Mówiąc to, założyła sobie sznurek na szyję.
Adam ręcę podniósł.
Łódź, coraz to bardziej wodą się napełniająca, tonęła tymczasem, obracając się na miejscu, tonęła, wgłębiała się i, napełniwszy się po brzegi, znikła. Z łodzią razem zniknęła i p. Emma. Adam, który, co się przywiązywania sobie kamienia do szyi tyczy, rady jej słuchać ani myślał, lecz przeciwnie, podczas kiedy ona tę radę dawała, obmyślał środki ratunku, pozostał na powierzchni. Pływać nie umiał po pływacku; kąpiąc się jednak nieraz, znał sposoby trzymania się na wodzie i wiedział, że, ażeby nie utonąć, bronić należy szczególnie głowy, zamykać usta, nie wciągać wody przez nos i trzymać uszy wysoko. Więc też robiąc rękami i nogami, ratował się, płynął. Gdy się zmęczył, obracał się na wznak. Przewracał się i znów płynął Całe jego szczęście, że przytomności umysłu nie stracił ? płynął i płynął, jak długo, niewiadomo, aż wreszcie ujrzał przed sobą brzeg blizko. Natężył siły wszystkie, jakie czuł w sobie, i dopłynął.
Noc jeszcze panowała.
Na brzegu dopiero strach go przejął, i strach ten wypocząć mu nie dawał. Położył się, odetchnął razy kilka z głębi piersi i wnet na równe skoczył nogi. Patrzał na rzekę z wyrazem przerażenia w oczach; woda z niego ociekała, zimno go przejmowało, drżał ciałem całem, bladość mu taka oblicze powlekła, że jako trup wyglądał. Uciekać począł.
Ubiegłszy kawał znaczny, zatrzymał się i obejrzał.
? Ah! ? westchnął. Rzecz okropna!
Nogi pod nim drżały, a w myślach panowała plątanina ogromna. Puścił się znów i szedł, zataczając się, niby człowiek pijany. Wciąż wydawało się mu, że słyszy za sobą jakieś głosy, wołanie jakieś,
wabiące go do powrotu. Przyśpieszał kroku, i kiedy świtać zaczynało, doszedł do bramy miejskiej, a kiedy dobrze rozświtało, wchodził do siebie. Wielkiem dla niego szczęściem, nie spotkał się na drodze z agentami władzy przestrzegającej bezpieczeństwa i porządku publicznego. Ci musieliby czepić się do człowieka zmokłego i bez kapelusza" przedstawiającego osobą swoją nieporządek w stopniu najwyższym. Nie spotkał się jednak z niemi, nie spotkał się z nikim, miasto spało, nikt go nie widział; niepostrzeżenie wszedł do siebie, rozebrał się i położył.
Nazajutrz Grześ napróżno przez dzień cały czekał na odezwanie się dzwonka z pod numeru, zajmowanego przez Adama. Nie doczekawszy się, wszedł wieczorem ze świecą. W pierwszym pokoju nie było nikogo. Zajrzał do drugiego.
? Jest -rzekł. Śpi czy co?
Zbliżył się do łóżka.
? Panie Kozarski ? odezwał się zrazu zcicha, następnie za każdym razem głos podnosił: ? Panie! Panie! Panie!
Ujął go za nogę.
? Panie! ? wrzasnął.
Podszedł ze świecą i nastawił takową na twarz Adama.
Adam westchnął. Oblicze jego pałało ogniem niby. Oddech miał krótki i urywany.
Grześ głową pokiwał.
? Licho go się jakieś przyczepiło. Zaniemógł wyraźnie. Trzebaby jejmości dać znać.
Dał znać jejmości; ta przyszła, spojrzała, po lekarza posłała, lekarz oglądał, za puls brał, ucho do piersi przykładał i zadecydował, że mu się rozwi-
nęła silna gorączka, wymagająca środków energicznych. Zapisał receptę i zalecił troskliwość,
? To dobrze, panie konsyliarzu ? rzekła jejmość. Troskliwość? Panu konsyliarzowi łatwo powiedzieć. Kto to się troszczyć ma?
? Do mnie to nie należy ? była lekarza odpowiedź.
? Do mnie może?
? Zostaw go więc pani tak, on do dni trzech zemrze,
? Ot i kłopot! ? zawołała baba.
Przyszło jej atoli na myśl, iż lokatora tego odwiedzali ludzie różni, na których ręce możnaby go oddać. Odbyła naradę krótką z Grzesiem, i ten przypomniawszy sobie, że chodził raz z karteczką do "jednego" pana, udał się do pana owego z zawiadomieniem, iż Adam umrze, jeżeli go nikt doglądać nie będzie. Panem owym był Bolesław.
Zniknięcie panny Emmy narobiło wrzawy wiele. Przepadła ? jak? pozostało to tajemnicą dla rodziny, dla władz, dla wszystkich. Świadek jedyny, którym był Adam, znajdował się przez tygodni kilka pomiędzy życiem a śmiercią, bredził w gorączce, wydawał okrzyki przerażenia, lecz nie dawał skazówek żadnych, po którychby ci, co go doglądali, domyślić się mogli, jaki los spotkał dziedziczkę fortuny, pozostawionej bez właścicielki. Zresztą nie obchodziło to ich. Bolesław i towarzysze jego, którzy przy chorym dyżur urządzali, interessowali się bardziej stanem pulsów i żołądka Adama, aniżeli tem, co on wygadywał. Ucieszyli się wielce, gdy lekarz oświadczył, że niebezpieczeństwo minęło. Po oświadczeniu tem, chory począł wkrótce do