Dwór w Chrustowie : powieść, Jeż Teodor Tomasz - str. 4
Zobacz też:
-
Rolety Poznań
www.normadecor.pl -
Gałki
gtv.com.pl -
Torebki
www.sklep.wittchen.com -
Sufity podwieszane
www.barrisol.com.pl



tów wykładał, p. Tulicka czyniła obrachowane następujące: cztery razy piętnaście, sześćdziesiąt, sześćdziesiąt a siedm i pół, sześćdziesiąt siedm i pół; cztery razy siedm, dwadzieścia ośm, dwadzieścia ośm a trzy i pół, trzydzieści jeden i pół; trzydzieści jeden i pół od sześćdziesięciu siedmiu i pół. różnica trzydzieści sześć. W pierwszym roku trzydzieści sześć, w drugim siedmdziesiąt dwa. w trzecim sto ośm, w czwartym sto czterdzieści cztery, nie licząc procentów od procentów. Doszedłszy do tego punktu, powiedziała, że wszystko to dla niej du grec.
? Ja się nie znam. Ja się bratu drogiemu powierzam z ciałem i z duszą, dziękując Bogu za opiekę, jaką w osobie jego uzyskuje moje dziecko.
? Zrobimy rzecz urzędownie.
? Jaką rzecz? ? podchwyciła p. Tulicką.
? Co się pieniędzy tyczy.
? A!... krzyknęła p. Tulicka. Nie chcę! nie! za nic. Słowo proste braterskie starczy mi za skrypta i rewersa wszelkie.
? Jesteśmy jednakże śmiertelni ? zauważył pan Marek.
Pani Tulicka na wzmiankę tę zmieszała się nieco, wnet atoli przyszła do siebie i odparła:
? Przecież brat kochany zostawi jakieś na ten wypadek rozporządzenie, w którem i o depozyciku moim wzmiankę uczyni.
? Jak siostrze kochanej się podoba.
Tak tedy rzecz ta załatwioną została. Pani Tulicka sprowadziła się do Chrustowa w celu zastąpienia matki sierotom i rozpoczęła funkcyę swoją ku ogólnemu wszystkich zadowolnieniu. Dla sług tylko była nieco przykrą, tłumaczyła się tu wszakże
? Ja się nie znam. Ja się bratu drogiemu powierzam z ciałem i z duszą, dziękując Bogu za opiekę, jaką w osobie jego uzyskuje moje dziecko.
? Zrobimy rzecz urzędownie.
? Jaką rzecz? ? podchwyciła p. Tulicką.
? Co się pieniędzy tyczy.
? A!... krzyknęła p. Tulicka. Nie chcę! nie! za nic. Słowo proste braterskie starczy mi za skrypta i rewersa wszelkie.
? Jesteśmy jednakże śmiertelni ? zauważył pan Marek.
Pani Tulicka na wzmiankę tę zmieszała się nieco, wnet atoli przyszła do siebie i odparła:
? Przecież brat kochany zostawi jakieś na ten wypadek rozporządzenie, w którem i o depozyciku moim wzmiankę uczyni.
? Jak siostrze kochanej się podoba.
Tak tedy rzecz ta załatwioną została. Pani Tulicka sprowadziła się do Chrustowa w celu zastąpienia matki sierotom i rozpoczęła funkcyę swoją ku ogólnemu wszystkich zadowolnieniu. Dla sług tylko była nieco przykrą, tłumaczyła się tu wszakże
dbałością o dobro pana Marka. Dzieci usiłowała przywiązać do siebie i dokazała tego. Pierwszego zaraz dnia installacyi swojej, poprowadziła je na cmentarz, kazała im pouklękać na grobie matki, uklękła sama i odmówiła spoinie z niemi "Anioł Pański", za duszę mamy i za duszyczki tych braciszków i siostrzyczek, które z nią wspólnie w niebie przebywały. Dziatki modliły się pobożnie, nie wyjmując malusiej dwuletniej Ewuni, która rączęta złożyła i oczki jasne w krzyż drewniany utkwiła, powtarzając:
? Mama... mama...
Język jej nie obfitował jeszcze w wyrazy, których kilka dopiero na rozporządzenie swoje posiadała. Modliła się więc jak umiała, wtórując w ten sposób ośmioletniemu Stasiowi, sześcioletniej Henrysi i pięcioletniemu Michasiowi, którzy głośno i wyraźnie za ciocią modlitwę za umarłych powtarzali. Towarzystwa nie dotrzymywał jeden Genio, dla przyczyn od niego niezależnych. Jego na świat przyjście było powodem śmierci pani Róży.
Po skończonej modlitwie, pani Tulicka wzięła Ewunię na ręce i w te do jej rodzeństwa odezwała się słowa:
? Kochałyście, dziatki, mamę waszą, kochać też powinnyście i mnie... Ja wam matkę w najważniejszej zastępuję części... Jej winnyście życie, mnie winnymi będziecie wychowanie... Pamiętajcież sobie: kochajcie mnie...
Ostatnie słowa powtórzyła i z nich punkt wychodni wychowania uczyniła.
Zdobyć dla siebie miłość wychowanków stało się celem jej głównym i jedynym, albo raczej zadaniem,
? Mama... mama...
Język jej nie obfitował jeszcze w wyrazy, których kilka dopiero na rozporządzenie swoje posiadała. Modliła się więc jak umiała, wtórując w ten sposób ośmioletniemu Stasiowi, sześcioletniej Henrysi i pięcioletniemu Michasiowi, którzy głośno i wyraźnie za ciocią modlitwę za umarłych powtarzali. Towarzystwa nie dotrzymywał jeden Genio, dla przyczyn od niego niezależnych. Jego na świat przyjście było powodem śmierci pani Róży.
Po skończonej modlitwie, pani Tulicka wzięła Ewunię na ręce i w te do jej rodzeństwa odezwała się słowa:
? Kochałyście, dziatki, mamę waszą, kochać też powinnyście i mnie... Ja wam matkę w najważniejszej zastępuję części... Jej winnyście życie, mnie winnymi będziecie wychowanie... Pamiętajcież sobie: kochajcie mnie...
Ostatnie słowa powtórzyła i z nich punkt wychodni wychowania uczyniła.
Zdobyć dla siebie miłość wychowanków stało się celem jej głównym i jedynym, albo raczej zadaniem,
które rozwiązywała pod strzechą dworu Chrustowskiego.
Nie będziemy w tej chwili zadania tego pod nóż analizy brali. Zauważymy tylko, że istnieją dwa sposoby wychowywania dzieci. Rodzice i opiekunowie wychowują takowe, albo dla nich samych, albo dla siebie. Różnica ogromna! ? pomimo, że na pozór wydaje się, iż sposób jeden nie sprzeciwia się drugiemu. Tak zapewne wydawało się i pani Tulickiej, która, pod tym względem, nie wychowywała inaczej córki własnej. Olesia rosła dla pani Tulickiej ? pociecha jej, szczęście jej, gwiazda jej ? matka kochała ją szalenie, wściekle, zapamiętale, byłaby dla niej poszła żebrać, kraść, rozbijać, poszłaby na stos i spaliła się na ogniu powolnem, wychowywała ją jednak nie dla niej, lecz dla siebie.
O kochaniu tem słówko. Tak kochać może tylko matka, i to jeszcze, jedno tylko dziecko. Gdyby pani Tulicka miała dzieci dwoje, troje, czworo, to miłość jej dla Olesi istniećby musiała z krzywdą dla reszty jej rodzeństwa; lecz ponieważ miała tylko jedno, miłość jej macierzyńska istniała z krzywdą dla dzieci pana Marka, czyli innemi mówiąc wyrazami, pani Tulicka Szamociąt ? jak je nazywało ? ani kochała, ani kochać mogła, mimo to jednak usiłowała obudzić w nich i rozwinąć miłość dla siebie.
Obudzić obudziła, z rozwinięciem jednak rzecz oporem poszła. Inaczej być nie mogło.
Powtarzając dzieciom bezustannie, że ją kochać powinny, wgadała w nie uczucie, które i bez tego przyszłoby było samo przez się; dzięki zaś wgadywaniu zapaliło się sposobem gorączkowym i gorzało płomieniem gwałtownym. Taki płomień trwać długo nie może. To też rozpalał się i przygasał ko-
Nie będziemy w tej chwili zadania tego pod nóż analizy brali. Zauważymy tylko, że istnieją dwa sposoby wychowywania dzieci. Rodzice i opiekunowie wychowują takowe, albo dla nich samych, albo dla siebie. Różnica ogromna! ? pomimo, że na pozór wydaje się, iż sposób jeden nie sprzeciwia się drugiemu. Tak zapewne wydawało się i pani Tulickiej, która, pod tym względem, nie wychowywała inaczej córki własnej. Olesia rosła dla pani Tulickiej ? pociecha jej, szczęście jej, gwiazda jej ? matka kochała ją szalenie, wściekle, zapamiętale, byłaby dla niej poszła żebrać, kraść, rozbijać, poszłaby na stos i spaliła się na ogniu powolnem, wychowywała ją jednak nie dla niej, lecz dla siebie.
O kochaniu tem słówko. Tak kochać może tylko matka, i to jeszcze, jedno tylko dziecko. Gdyby pani Tulicka miała dzieci dwoje, troje, czworo, to miłość jej dla Olesi istniećby musiała z krzywdą dla reszty jej rodzeństwa; lecz ponieważ miała tylko jedno, miłość jej macierzyńska istniała z krzywdą dla dzieci pana Marka, czyli innemi mówiąc wyrazami, pani Tulicka Szamociąt ? jak je nazywało ? ani kochała, ani kochać mogła, mimo to jednak usiłowała obudzić w nich i rozwinąć miłość dla siebie.
Obudzić obudziła, z rozwinięciem jednak rzecz oporem poszła. Inaczej być nie mogło.
Powtarzając dzieciom bezustannie, że ją kochać powinny, wgadała w nie uczucie, które i bez tego przyszłoby było samo przez się; dzięki zaś wgadywaniu zapaliło się sposobem gorączkowym i gorzało płomieniem gwałtownym. Taki płomień trwać długo nie może. To też rozpalał się i przygasał ko-
lejno w dzieciach wszystkich, od najstarszego chłopca poczynając. Wyjątek w tym względzie jedyny stanowiła Olesia. Ta matkę kochała, bo matka kochała ją, istniało więc zarzewie, które uczucie jej ustawicznie zasilało, nie dając takowemu chłodnąć ani na chwilkę. Ztąd wytworzyło się ubóstwianie wzajemne. Matka ubóstwiała córkę, córka ubóstwiała matkę, jedna zaś z drugą stanowiły parę istot wyosobnionych niejako, nietylko w otaczającym je świecie, ale w świecie całym. Córka widziała doskonałość w matce, matka widziała doskonałość w córce.
Olesia!.. ? O moja!..
Kiedy pani Tulicka wyrazy te wymawiała, to czuć w nich było upojenie. Oczy jej zachwytem jaśniały, oblicze rozkosz opromieniała.
? Olesia!...
Takiej jak ona nie było, niema i nie będzie.
Na nią się natura wysiliła.
W rzeczywistości zaś, było to stworzenie bardzo milutkie, tylko zanadto zeskrzydlone i od pieluch przeznaczone, pomazane niejako na heroizm, podobny do owego, w jaki Mickiewicz przystroił swoją Zosię z "Dziadów", wołającą "baź baź!" na baranka i goniącą rózeczką motylka. Milutkie bardzo stworzeńko! Olesia była niebrzydką nawet ? miała w sobie uroków dużo, zwłaszcza w pierwszych chwilach rozwijania się z pączka dziewiczego, miała serce dobre, głowinę otwartą, łatwość w pojmowaniu, i wyjśćby mogła na kobietę, wcale porządną, gdyby matka, w siebie najprzód, w nią następnie, nie wmówiła była, że jest ona niepospolitością, stworzoną światu na podziw, na wielbienie.
Wielbiłyż się te dwie istoty, wielbiły!
Olesia!.. ? O moja!..
Kiedy pani Tulicka wyrazy te wymawiała, to czuć w nich było upojenie. Oczy jej zachwytem jaśniały, oblicze rozkosz opromieniała.
? Olesia!...
Takiej jak ona nie było, niema i nie będzie.
Na nią się natura wysiliła.
W rzeczywistości zaś, było to stworzenie bardzo milutkie, tylko zanadto zeskrzydlone i od pieluch przeznaczone, pomazane niejako na heroizm, podobny do owego, w jaki Mickiewicz przystroił swoją Zosię z "Dziadów", wołającą "baź baź!" na baranka i goniącą rózeczką motylka. Milutkie bardzo stworzeńko! Olesia była niebrzydką nawet ? miała w sobie uroków dużo, zwłaszcza w pierwszych chwilach rozwijania się z pączka dziewiczego, miała serce dobre, głowinę otwartą, łatwość w pojmowaniu, i wyjśćby mogła na kobietę, wcale porządną, gdyby matka, w siebie najprzód, w nią następnie, nie wmówiła była, że jest ona niepospolitością, stworzoną światu na podziw, na wielbienie.
Wielbiłyż się te dwie istoty, wielbiły!
Dzień każdy rozpoczynał się dla nich chwalą wzajemną. Sypiały w jednym pokoju; pani Tulicka wstawała raniutko, podchodziła do łóżka Olesi, wpatrywała się w nią, składała na jej czole pocałunek, okrywała ją i żegnała błogosławieństwa krzyżem, odchodziła następnie, wydawała rozporządzenia gospodarskie, wracała ? i z pończochą w ręku zasiadała przy łóżku córki, oczekując na to, ażeby się obudziła. Następowało to pomiędzy siódmą a ósmą. Olesia w oczach matki oczy otwierała. Dla pani Tulickiej fakt ten naturalny miał znaczenie takie, jak dla miłośników przyrody wschód słońca w Alpach. Wyczekiwała momentu tego z rozrzewnieniem. Olesia oczy otwierała; wzrok jej spotykał się ze wzrokiem matczynym, wyrazu miłości i zachwytu pełnym. I odbywał się w dniu każdym dyalog następujący:
? Mamciu moja!... ---------Dziecko moje!....
? Aniele!...
? Aniołku!...
? Szczęście moje!...
? Skarbie mój...
? Dzień dobry, mamunieczce...
? Dzień dobry ci, Olesieczku.... Spało się tobie?...
Tu przychodził uścisk, długi, gorący i po uścisku dziewczynka odpowiadała wyciągając się rozkosznie:
? Och! dobrze... dobrze... doskonale, mamuńciu, moja droga...
Wstawaj-że, życie moje, dawaj dobry Szamociętom przykład... albo nie, poczekaj chwileczkę.... Schowałam tu dla ciebie....
? Mamciu moja!... ---------Dziecko moje!....
? Aniele!...
? Aniołku!...
? Szczęście moje!...
? Skarbie mój...
? Dzień dobry, mamunieczce...
? Dzień dobry ci, Olesieczku.... Spało się tobie?...
Tu przychodził uścisk, długi, gorący i po uścisku dziewczynka odpowiadała wyciągając się rozkosznie:
? Och! dobrze... dobrze... doskonale, mamuńciu, moja droga...
Wstawaj-że, życie moje, dawaj dobry Szamociętom przykład... albo nie, poczekaj chwileczkę.... Schowałam tu dla ciebie....