Zobacz też:







słabszym lub potężniejszym, lecz zawsze twórcą świata własnego, w którym rozporządzać się może dowolnie. Sprawia to zadowolnienie ogromne. Jest się samowładcą, samowładcą rzeczywistym, rządzącym i panującym bezpośrednio, a szanowanym i wielbionym przez poddanych własnych. To ostatnie, co się nie każdemu monarsze przytrafia, jest udziałem każdego bez wyjątku, najlichszego nawet autora. Dla tego też, jak mało monarchów berła składa, tak biorąc rzecz stosunkowo, umiej jeszcze autorów opuszcza niewolę, do opuszczenia której nic im nie przeszkadza.
Dotknąłem jednej tylko strony uroków niewoli autorskiej. Jest tych stron więcej jeszcze. A sława, a wziętość, a poszanowanie ludzkie, a czynienie zadość swemu popędowi do walki, wrodzonemu w każdym człowieku, któremu nikt z łatwością taką jak autor czynić zadość nie może? Ze stolika swego, posyła armie na podbicie świata, pewny zawsze, że. dopnie swego. Lada wyrobnik. lada parobek literacki, ma się za potęgę; niepowodzenia nie zrażają go, pisze wciąż, w tem głębokiem a słodkiem przeświadczeniu, że:
? Teraz dopiero, oto teraz co napiszę zdobędzie dla mnie miejsce poczestne w Panteonie...
Są to dla ogromnej autorów większości złudzenia tylko, ale miłe. Złudzeniom tym ulegają młodsi osobliwie.
Nasz autor znajdował się w młodości kwiecie i' tem łatwiej złudzeniom ulegał, że wystąpienie jego na polu literackiem powitanem zostało aplauzem ogólnym. Pozyskał sobie wziętość od razu. Wprost ze szkolnych ławek, przeniósł się za biurko i wyda
wnictwa, nowości głodne, zasypały go propozycyami. Zaatakowano go ze stron różnych:
? Pisz!.. pisz!..
Specyalność jego stanowiła filozofia, na którą zapatrywał się z punktu widzenia wiedzy rzeczywistej. Z konieczności więc rzeczy, wystąpił jako przeciwnik wiedzy urojonej, nie odrzucając jej absolutnie, ale biorąc ją w znaczeniu wspaniałych, poetycznych, z natchnienia płynących, fantastycznych prolegomenów, naznaczonych piętnem umysłowej wyższości a niezbędnych w prowadzonej przez ludzkość olbrzymiej pracy szukania prawdy. Czoło chyląc przed wielkiemi myślicielami, brał jedną po drugiej hypotezy, na których się oni opierali, i zapytywał o dowody. Ztąd prace jego przybrały kierunek krytyczny powlekły się pokostem zuchwalstwa, rozbudzając z jednej strony drażliwość, z drugiej gniewy. Styl atoli świeży, jędrny a wytworny, ścisłość rozumowania i śmiałość poglądów jednały mu czytelników, wyglądających, od chwili wystąpienia jego, z upragnieniem artykułów, podpisywanych pseudonimem Ateka.
Sam pseudonim ten budził ciekawość. Jedni brali go za wyraz grecki, drudzy za hebrajski, inni za sanskrycki, ci podejrzywali w nim anagram, owi przypisywali mu znaczenie kabalistyczne Mylili się jednak wszyscy. Pseudonim ten powstał z połączenia w jedno brzmień trzech liter: A. T. K., figurujących na czele dwóch imion chrzestnych i nazwiska, jakie młody autor nosił. Imiona te i nazwiska brzmiały jak następuje: Adam Tadeusz Kozarski. Oto cała ciekawego pseudonimu zagadka.
Młodzieniec, piszący długo w noc i piszący rano, nazywał się: Adam Tadeusz Kozarski.
Nazwisko to nie jest obcem tym z czytelników łaskawych, którzy czytanie opowiadania naszego od początku rozpoczęli.
Kozarską z domu była p. Marka żona nieboszczka; Kozarskim nazywał p. Andrzej siostrzeńca swego ? a nawet, o ile sobie przypominamy, zdradził przed p. Markiem pseudonima tajemnicę.
W domu więc ? jak to powiadają ? jesteśmy; wiemy z kim do czynienia mamy.
Niech to nas wszakże nie zraża, jak zraziło panią Tulicką, która, słysząc od panienek o nazwisku nowego autora, powzięła była dla niego poszanowanie wielkie i sama nieraz przed gośćmi "to Atekę" wysławiała:
? Co to za pisarz! jak on pisze!
Gdy się jednak dowiedziała, "że Ateka owa, " jest to nie kto inny, jeno rodzoniuteńki p. Andrzeja siostrzeniec, straciła wnet dla niego szacunek wszelki I od tej chwili nigdy się już o nim nie odzywała.
Adam od biurka wstał nie raniej, jak około pierwszej po południu.
Wstał, ramiona do góry podniósł, wyciągnął się ? stawy mu z trzaskiem się odezwały ? czoło w dłonie ujął i ścisnął i ubierać się począł.
W tem miejscu otwieramy nawiasik, dla uczynienia wzmianki o ubieraniu się młodego autora. W ubieraniu się jego zachodziło coś zbytecznego, coś co przekraczało granice czystości i porządku, nieodzownych tak ze względu na przyzwoitość, jak ze względu na hygienę. To coś wszakże nie wkraczało w sferę elegancyi, zabierającej czasu za dużo i znamionującej próżniactwo. Bynajmniej! Nasz Adam głowy nie fryzował, nad wiązaniem krawatki nie namyślał się i paznogci nie szlifował. Ubie-
rał się raźnie i bez namysłu i jedno, cobyśmy mu pod tym względem do zarzucenia mieli, to częste zaglądanie do źwierciadła.
Ho! była to słabostka ? taka jakiej podlegają niekiedy i ludzie najznakomitsi. Sławnym jest czubek nad czołem, pielęgnowany przez lorda Palmerstona. Słabostka Adama odnosiła się do pewnej racyi. Otaczało go przyjaciół i wielbicieli grono nie małe i każdy z grona tego pragnął jego fotografii. Adam fotografował się często, do fotografowania się pozował i z tego zapewne powodu w zwierciedle postać własną studyował. Jest to z naszej strony domysł, zaczerpnięty z potrzeby odnoszenia objawów wszelkich do przyczyn racyonalnych. W tym razie przyczyna nasuwa się sama niejako.
Kończąc ubieranie się, Adam sznurek od dzwonka pociągnął. W chwilę potem pojawiła się w obec niego postać, znana doskonale wszystkim, których los zmusza do zamieszkiwania w kamienicach miejskich. Postać ta wabiła się Grzesiem ? imieniem do funkcyi, nie zaś do osoby przywiązanem, do funkcyi, polegającej na posługiwaniu lokatorom. Grześ wszedł z nastepującemi na ustach wyrazami:
? Aleś pan spał, no! pierwsza oddawna już wybiła.
Rzekłszy to, złożył na stole spory pakiet pism w opaskach i list jeden.
? Czy pan co rozkaże? - zapytał.
? Nie, mój Grzesiu. Za chwilę wyjdę i klucz na dole zostawię.
Grześ odszedł, Adam kopertę rozciął i list roztworzył. Nie miał do czytania dużo. Na ćwiarteczce formatu zwanego angielskim, przyozdobionej w odcisk cyfry E. Z. związanej misternie, widzieć
się dawały trzy tylko wiersze, zdradzające rękę kobiecą a zawierające następujące wyrazy: "
"Przypominam wtorek. Proszę przyjść ? proszę bardzo. Nie odrzuć pan proźby mojej, dla tego tylko że ją zanosi wielbicielka pańska. "
"Eulalia Z. "
Pan Adam odczytawszy to, ramionami wzruszył. Wyjmował następnie pisma z opasek i przerzucał takowe, poczem, kapelusz na głowę włożył, tekę pod pachę wziął, raz ostatni w zwierciadło okiem rzucił i wyszedł.
Reszta dnia upłynęła mu na zajęciach, z których ani jedno nie należało do rodzaju tych, co służą ludziom do zabijania czasu. Posilał ciało i duszę. Z kamienicy, w której mieszkał, udał się do restauracyi, w której był zaabonowany na skromne obiady, z restauracyi do biblioteki publicznej, gdzie no'ty brał i wyciągi robił, z biblioteki do czytelni, -gdzie z paru osobami do pomówienia miał, z czytelni do paru biur redakcyjnych, gdzie korrekty poprawiał; z ostatniego z biur wyszedł z Bolesławem, kierując się za miasto, ku parkowi, w którym spotkaliśmy go po raz pierwszy.
Idąc powoli, rozmawiali i wciągu rozmowy, Bolesław zapytanie rzucił:
? Będziesz na wtorku dzisiejszym?
? Dostałem zaproszenie.
? I ja dostałem....
? Cóż? idziesz?
? Pójdę ? odparł Bolesław. Dawno tam nie byłem i gdybym się dziś, wezwany, nie stawił, miałoby to minę wypowiedzenia wojny gruntowi niby neutralnemu, jakim jest salon pani Eulalii.
? Masz racyę ? rzucił Adam.