Zobacz też:







był salon, kończący się na obrębie krzeseł. Wszystko co za obrębem tym istniało stanowiło pracownię literacką, zaopatrzoną dostatnio w narzędzia pracy umysłowej. Bokiem do okna stało pod ścianą biórko otwarte, papierami zapełnione, dalej półki z książkami, dalej stoliki z okazami i atlasami, stosy dzienników, broszur, pism ulotnych, zresztą w kącie fortepian, świadczący o muzykalności gospodarza i nad kanapą sporych rozmiarów zwierciadło, służące do dwóch użytków, do zwyczajnego zależącego na przypatrywaniu się i do nadzwyczajnego, który się wyrażał za pomocą zapisywanych białą kredą notatek, takich jak: 60+13=73; str. pr.; na 17 czerw. wieczorem; ulica Krzyżowa Nr. 76 etc.
Na stóle okrągłym gorzały dwie świece stearynowe; na kanapie pod zwierciadłem siedział z rękami za głowę założonemi i z nogami wyciągniętemi, autor artykułu o muzyce przyszłości drukowanego w Kwiatach.
Wymówiwszy "proszę", wykonał korpusem swoim ruch, mający ma na celu zmianę pozycyi, niekoniecznie właściwej do przyjmowania gości; poznawszy jednak gościa próg przekraczającego, ruchu zaniechał i odezwał się:
? A, toś ty, Bolesławie, prawiem się tego spodziewał, że mnie dziś odwiedzisz...
Przybyły odparł:
? Ja zaś przewidywałem, żeś nie w czytelni lecz w domu....
? Widzisz?. jakiem się dał złapać...
? Baby... ha... Mówiłem ci, bądź ostrożny...
? I!.. pewny jestem, że im ani się śniło o rekla-
mie żadnej... Redakcya je podeszła... One o tem wyobrażenia nie mają...
? Gadaj ? odparł Bolesław.
Przypominam sobie okoliczności wszystkie i nietylko pań tych posądzać nie mogę, ale, co więcej, redakcyi samej obwiniać nie śmiem... Winowajcą tu głównym, zbieg okoliczności... Byłem proszony oddawna już... Zrobiło się więc złe, bez premedytacyi...
? Być może, cofam więc posądzenie. W artykule tym jednak, coś tam ludzie pomiędzy wierszami upatrują...
? Co? ? zawołał młody człowiek, zrywając się i na kanapie siadając.
? Ustępstwa niby, zmięknięcie...
? Czytałeś?..
? Nie...
? Masz!.. o...
Porwał ze stołu pismo o pięknie illustrowanym tytule i podał je gościowi, sam zaś zerwał się i dużemi krokami chodzić począł po pokoju, trzymając się na linii krzywej, odgraniczającej salon od pracowni.
Bolesław w milczeniu przebiegał artykuł oczami.
Podczas kiedy on czytał, autor artykułu razy parę zatrzymywał się przed zwierciadłem, prostował się, marsa na czole stawiał, przypatrywał się odbiciu postaci własnej i dalej chodził.
Gość czytanie skończył, gospodarz zapytał:
? No... i cóż?..
? Naciąganym chyba sposobem dałoby się coś upatrzeć ? była odpowiedź zapytanego.
? Takim sposobem, jakim skazaćby można na galery posądzonego o kradzież wieży kościelnej...
? Zapewne...
? Otóż widzisz, pisząc ten artykuł, pisałem go umyślnie, przyciskając pióro w tej myśli, że Kwiaty, albo go odrzucą, albo też się same skompromitują...
? Kwiaty się jednak nie skompromitowały, przeciwnie, tobie zaś dostało się potrącenie w bok...
? Boli mnie szczególnie posądzenie o reklamę, wraz z niem bowiem nasuwać się ludziom muszą podejrzenia o honoraryum nadzwyczajne...
? To się rozumie ? wtrącił Bolesław.
? A niech mnie dyabli porwą, jeżelim za artykuł ten dostał szeląg złamany...
? Dałeś go gratis, jako aspirant do karyery literackiej...
? Rzuciłem go. jak... jak...
Chciał powiedzieć "jak jałmużnę", ale przyrównanie to nie nadawało się w tym razie, a to dla dwóch powodów: raz, że odnosiłoby się do pań, powtóre, że sprzeciwiałoby się przekonaniom autora we względzie jałmużny. Bolesław mu podpowiedział tedy:
? Jak odczepne...
? Jak odczepne ? potwierdził młody człowiek. Dałem go gratis i nie mam sposobu ogłosić tego urbi et orbi... Co się zaś tyczy drugiego posądzenia, o zmięknięcie, oto spokojny jestem... Piszę właśnie do Skiby artykuł krytyczny, w którym przekonania moje wypowiem z grubemi nad i kropkami
Przeszedł się jeszcze razy parę po pokoju i usiadł na kanapie.
? Opuszczam ciebie ? rzekł gość wstając i kapelusz na głowę wkładając. Bądź dobrej myśli... Czy to takie spotykają, ludzi przykrości!.. Poprzednikom
przecież naszym inaczej dokuczano, tych nieco dawniej w oleju gotowano, nieco później na ogniu pieczono, dziś zaś, co najwięcej, nogę podstawią i człek koziołka wywróci...
? I zbabra się ? dodał gospodarz.
? Jak kto ? odrzekł gość z za drzwi już prawie.
? Wolałbym ja ? zawołał młody autor sam do siebie, przechodząc z kanapy do biurka ? być upieczonym lub ugotowanym, aniżeli zbabranym...
Zapalił lampę pozamykał okienice i do pisania zasiadł.
Pisał i czytał, czytał i znów pisał. Praca jego długo przeciągnęła się w noc. Niekiedy ręce na głowie splatał, plecami się o poręcz krzesła opierał i oczy zamykał i w pozycyi takiej po minut kilka, po kwadransie pozostawał. Miasto już spało, kiedy on od biórka powstał, lampę na okrągłym stole postawił i w zwierciadło okiem rzucił. I patrzał się na odbicie postaci własnej z takiem zajęciem, jakby rozwiązywał zapytanie: Czy to ja, czy tamto ja? Notujemy zajęcie to; przypomnimy je w chwili stosownej.
Patrząc w zwierciadło, zatrzymał wzrok na napisie: pani E. hr. wtr. i zawołał:
? Toć wtorek jutro!.. EL chyba nie pójdę tym razem... Miło tam wprawdzie czas schodzi, ale, w rzeczy samej, człowiek ocierając się o rodzaj niewieści, tępieje jak brzytew gdyby nią bawełnę krajano... Będę tam bywał rzadziej, coraz to rzadziej i w końcu w trąbę baby puszczę...
Popatrzył się jeszcze raz na odbicie postaci swojej, zdmuchnął lampę, świecę zapalił, książki wziął i na spoczynek się udał.
Kto długo w nocy czuwa, ten w młodych zwłasz-
 
cza leciech, odsypiać musi swoje rankami. Tak chcą prawa natury, przeciwko którym bunt nic nie pomoże. Autor powieści niniejszej mówi to z doświadczenia osobistego, ku przestrodze rzeszy literackiej, tych zwłaszcza z jej członków, którym chodzi o to, ażeby zawcześnie nie połysieli, nie pozielenieli, wzroku i zębów nie postradali i wigoru życiowego sio nie pozbyli. Literaci, jeżeli nie chcą na starość zostać wyłącznie maszynami do pisania, powinniby zrobić pomiędzy sobą zmowę i zobowiązać się, nie chodzić spać później niż o dziesiątej z wieczora i nie wstawać później niż o piątej rano. Wiktor Hugo przeżył synów dla tego jedynie, że się tej reguły nieodmiennie trzyma. Młodzieniec nasz postępował wbrew onej: siedział przy biórku do trzeciej blizko, za to też nie obudził się aż o dziesiątej. Spał krótko i nie najlepiej, wstał czując ociężenie jakieś, nogi w pantofle wsunął, do pracowni przeszedł i przy biórku usiadł. Przy biórku orzeźwiał zupełnie. Widok rękopisu, który w nocy przygotował, sprawił na nim efekt świeżego porankowego powietrza. Oprzytomniał, otrzeźwiał, odczytał ćwiartki zapisane i począł znów pisać i czytać, czytać i znów pisać.
Jest u włościan naszych przysłowie: "Ochota hirsz newoli". Przysłowie te literalnie zastosować się da do piśmienniczego fachu. Kto autorem wbrew własnej pozostał woli? Każdy pod sztandar ten zaciągnął się z ochoty i, zaciągnąwszy się w ten sposób, wprzągł się w jarzmo niewoli, z której mógłby wyjść gdyby zechciał, a nie chce. Bo też niewola ta nie jest bez uroków pewnych. Piszący każdy, taki nawet, co z zadania swego na fabryczny wywiązuje się sposób, jest twórcą do pewnego stopnia,