Dwór w Chrustowie : powieść, Jeż Teodor Tomasz - str. 31
rodzaju innego. Powiedz - że mi pan: czy tak jest w rzeczy samej?
Zainterpelowany w ten sposób brat pani pułkownikowej, poznał, że interlokutorce jego chodzi
o coś, czego jeszcze nie wypowiedziała, a co go w ambaras wprawić może, więc czekał ucieczki w ognikach błędnych. Pomyślał o puszczeniu racy
i puścił takową. Odparł:
? Pani, zapytanie kobiety, kobiety zwłaszcza takiemi jak pani urokami otoczonej, jest jak zapytanie wyroczni, mającej wedle zapytania tego o losie stanowić.
Panna Ewa usta skrzywiła, jak czyni człowiek niezadowolenie okazujący. Po chwilce znów zaczęła:
? Pan jesteś przedstawicielem świata wyższego..
? Pochlebia mi to o mnie zdanie pani.
Panna Ewa w oczy mu popatrzyła i spojrzeniu swemu taki jakiś nadała wyraz, że on oczy spuścił. Wnet je atoli podniósł znów i spotkał się z jej wzrokiem już spokojnym i nie mówiącym nie. Znów zaczęła:
? Uderzył pana dziki wdzięk tej brzozy, która nas ecienia.
? A tak, wdzięk dziki. Kto też ją, tu zasadził?
? Czy się ona nie wydaje panu na swojem miejscu?
? Miejscem dla brzóz płaczących są wnijścia do grot, źródła, kaskady, szemrzących strumyków wybrzeża, gazonów skraje, ale nie altany.
? Znajduje więc pan, że ona tu nie spełnia zadania swego?
? Co do tego, to z góry się na zdanie pani piszę. Ce que femme veut, Dien Ie vent.
Zainterpelowany w ten sposób brat pani pułkownikowej, poznał, że interlokutorce jego chodzi
o coś, czego jeszcze nie wypowiedziała, a co go w ambaras wprawić może, więc czekał ucieczki w ognikach błędnych. Pomyślał o puszczeniu racy
i puścił takową. Odparł:
? Pani, zapytanie kobiety, kobiety zwłaszcza takiemi jak pani urokami otoczonej, jest jak zapytanie wyroczni, mającej wedle zapytania tego o losie stanowić.
Panna Ewa usta skrzywiła, jak czyni człowiek niezadowolenie okazujący. Po chwilce znów zaczęła:
? Pan jesteś przedstawicielem świata wyższego..
? Pochlebia mi to o mnie zdanie pani.
Panna Ewa w oczy mu popatrzyła i spojrzeniu swemu taki jakiś nadała wyraz, że on oczy spuścił. Wnet je atoli podniósł znów i spotkał się z jej wzrokiem już spokojnym i nie mówiącym nie. Znów zaczęła:
? Uderzył pana dziki wdzięk tej brzozy, która nas ecienia.
? A tak, wdzięk dziki. Kto też ją, tu zasadził?
? Czy się ona nie wydaje panu na swojem miejscu?
? Miejscem dla brzóz płaczących są wnijścia do grot, źródła, kaskady, szemrzących strumyków wybrzeża, gazonów skraje, ale nie altany.
? Znajduje więc pan, że ona tu nie spełnia zadania swego?
? Co do tego, to z góry się na zdanie pani piszę. Ce que femme veut, Dien Ie vent.
? Czy w świecie, któregoś pan przedstawicielem, we zwyczaju jest zdania własnego nie mieć?
? Jest we zwyczaju, damom pierwszeństwa ustępować, uważając je za najpiękniejszy twór boży. One tam królują, zajmując miejsca najpierwsze, których porządek układa sio sam przez się. Pani... pani trzymałabyś czoło.
? Doprawdy? ? zapytała panienka z naiwności akcentem.
? Pani! ? zawołał p. Jakób, zachwyt udając. Jesteś pani zdumiewająco piękna!
Panna Ewa zwróciła na p. Jakóba swoje fijołkowego koloru, kunsztownie oprawne, długiemi rzęsami ocienione oczy, i spotkała się z wzrokiem jego, nastrojonym na wyraz słodyczy, jaki posiada figa rozgnieciona.
? Jesteś pani zachwycająco piękną! ? powtórzył, dłonie składając.
Panna Ewa rzeczywiście była piękną, ale p. Jakób na sto mil był od zachwytu oddalonym, udawał zaś zachwyt dla tego jedynie, ażeby zepchnąć rozmowę z terrenu, na który ją panienka wprowadzała. Czuł, że na terrenie tym gruntu mu pod nogami brak, więc manewrował tak, ażeby ją sprowadzić na swój. Nabijał się komplimentami i strzelał á bout portant. Po ostatnim jego wystrzale, którego on jednak, jak się zdaje za ostatni nie uważał, panna Ewa uśmiechnęła się politowania uśmiechem.
W tej chwili, w alei, słyszeć się dał szelest sukni damskiej. Ktoś szybko przechodził.
Była to panna Aleksandra. Postrzegła zniknięcie kuzynki i kawalera i do ogrodu wyszła. W alefach oglądała się, ucha nadstawiając. Gdy do altany dochodziła, ujrzała, na darniowej ławeczce,
? Jest we zwyczaju, damom pierwszeństwa ustępować, uważając je za najpiękniejszy twór boży. One tam królują, zajmując miejsca najpierwsze, których porządek układa sio sam przez się. Pani... pani trzymałabyś czoło.
? Doprawdy? ? zapytała panienka z naiwności akcentem.
? Pani! ? zawołał p. Jakób, zachwyt udając. Jesteś pani zdumiewająco piękna!
Panna Ewa zwróciła na p. Jakóba swoje fijołkowego koloru, kunsztownie oprawne, długiemi rzęsami ocienione oczy, i spotkała się z wzrokiem jego, nastrojonym na wyraz słodyczy, jaki posiada figa rozgnieciona.
? Jesteś pani zachwycająco piękną! ? powtórzył, dłonie składając.
Panna Ewa rzeczywiście była piękną, ale p. Jakób na sto mil był od zachwytu oddalonym, udawał zaś zachwyt dla tego jedynie, ażeby zepchnąć rozmowę z terrenu, na który ją panienka wprowadzała. Czuł, że na terrenie tym gruntu mu pod nogami brak, więc manewrował tak, ażeby ją sprowadzić na swój. Nabijał się komplimentami i strzelał á bout portant. Po ostatnim jego wystrzale, którego on jednak, jak się zdaje za ostatni nie uważał, panna Ewa uśmiechnęła się politowania uśmiechem.
W tej chwili, w alei, słyszeć się dał szelest sukni damskiej. Ktoś szybko przechodził.
Była to panna Aleksandra. Postrzegła zniknięcie kuzynki i kawalera i do ogrodu wyszła. W alefach oglądała się, ucha nadstawiając. Gdy do altany dochodziła, ujrzała, na darniowej ławeczce,
dwie postacie: wstecz się, niby przerażona, rzuciła i szybko pomknęła. Biegła wprost przed siebie, doznając uczucia takiego, że gdyby gdzie blizko znajdował się staw, byłaby do wody wskoczyła. Gdyby ogród posiadał sadzawkę przynajmniej, byłaby się próbowała w sadzawce utopić. W braku stawu i sadzawki, biegła, powtarzając co chwila:
? Niegodni! nikczemni! podle! mój Boże! mój Boże!
Szczęście wielkie, że w tej chwili ani p. Jakób, ani panna Ewa pod oczy się jej nie nawinęli.
Nawinęli się, ale później nieco, kiedy panna Aleksandra, obiegłszy ogród cały do koła, powracała. Ochłonęła już z pierwszego wrażenia, nastroiła sio stosownie i wprost do altany zmierzała. Zamiarem jej było: odegrać scenę zdumienia i dać się wydrzeć z ust wyrazowi:
? Winszuję!
Wyraz ten parę razy powtórzyła sobie, dla nadania mu akcentu odpowiedniego,
Zamiar ten jednak spełzł na niczem.
Po wysłuchaniu przez pana Jakóba komplimentu, panna Ewa wstała. Kawalerowi nie pozostawało nic innego, tylko toż samo uczynić. Panna poszła, on zanią. W ulicy chciał jej ramię podać, lecz ona tak zamanewrowała, że chęć za uczynek stanęła. Wszczęła rozmowę o pogodzie. Pan Jakób potrącił materyę o kwiatach, zamierzając takową, zapomocą zwyczajnych porównań i przenośni, przenieść na damy. Panna Ewa materyę tę podchwyciła i zapytała o istotę woni.
? Woń, pani. woń, jest to emanacya.
? Wiem, że emanacya ? podchwyciła panienka ? ale nie znam emanacyi tej istoty naturalnej, racyi,
? Niegodni! nikczemni! podle! mój Boże! mój Boże!
Szczęście wielkie, że w tej chwili ani p. Jakób, ani panna Ewa pod oczy się jej nie nawinęli.
Nawinęli się, ale później nieco, kiedy panna Aleksandra, obiegłszy ogród cały do koła, powracała. Ochłonęła już z pierwszego wrażenia, nastroiła sio stosownie i wprost do altany zmierzała. Zamiarem jej było: odegrać scenę zdumienia i dać się wydrzeć z ust wyrazowi:
? Winszuję!
Wyraz ten parę razy powtórzyła sobie, dla nadania mu akcentu odpowiedniego,
Zamiar ten jednak spełzł na niczem.
Po wysłuchaniu przez pana Jakóba komplimentu, panna Ewa wstała. Kawalerowi nie pozostawało nic innego, tylko toż samo uczynić. Panna poszła, on zanią. W ulicy chciał jej ramię podać, lecz ona tak zamanewrowała, że chęć za uczynek stanęła. Wszczęła rozmowę o pogodzie. Pan Jakób potrącił materyę o kwiatach, zamierzając takową, zapomocą zwyczajnych porównań i przenośni, przenieść na damy. Panna Ewa materyę tę podchwyciła i zapytała o istotę woni.
? Woń, pani. woń, jest to emanacya.
? Wiem, że emanacya ? podchwyciła panienka ? ale nie znam emanacyi tej istoty naturalnej, racyi,
przyczyny. Kwiaty żyją i życie swoje manifestują barwami i zapachem. Owoż, zkąd zapach pochodzi?
? O! gdybyśmy w przyczyny manifestacyi wszystkich wnikać chcieli, zaprowadziłoby to nas, za daleko.
? Zaprowadziłoby to nas do poznania otaczającego nas świata.
? Cóżbyśmy na tem zyskali?
? Rozwiązalibyśmy sobie zagadkę życia własnego, sprzężonego z tem wszystkiem, co nas otacza.
? O, pani! to zaabsorbowałoby nam życie tak, iż na życie samo miejsca i czasu by nie pozostało.
? Więc lepiej, wegetujemy jak kwiaty ? odparła panna Ewa z przekąsem.
Pan Jakób, w roli swojej kawalera, nie mógł na przekąs ten odpowiadać, jak odpowiada katechizm na zapytanie: Na co Pan Bóg człowieka stworzył? Katechizm ma na widoku moralność, widoki zaś pana Jakóba z takową nie licowały. Nie mógł przeto powiedzieć, że zadanie życia człowieczego zawiera się: w poznaniu Boga, wedle tego jak religia każe, w kochaniu go, w służeniu mu i w zasługiwaniu na żywot wieczny. Kłopotał się wiec nad wynalezieniem odpowiedzi, trzymającej środek pomiędzy katechizmową a salonową, gdy z kłopotu tego wyprowadziło go pojawienie się panny Aleksandry. Ucieszył się niem szczerze.
Dla panny Aleksandry, która układała sobie, zejść czułą parę w altanie, spotkanie to wypadło jak niespodzianka.
Czuła para przedstawiła się jej w postaci wcale nie miłej.
Panna Ewa, odwrócona twarzą od p. Jakóba, śledziła okiem ruchy motyla białego, który z kwiatka
? O! gdybyśmy w przyczyny manifestacyi wszystkich wnikać chcieli, zaprowadziłoby to nas, za daleko.
? Zaprowadziłoby to nas do poznania otaczającego nas świata.
? Cóżbyśmy na tem zyskali?
? Rozwiązalibyśmy sobie zagadkę życia własnego, sprzężonego z tem wszystkiem, co nas otacza.
? O, pani! to zaabsorbowałoby nam życie tak, iż na życie samo miejsca i czasu by nie pozostało.
? Więc lepiej, wegetujemy jak kwiaty ? odparła panna Ewa z przekąsem.
Pan Jakób, w roli swojej kawalera, nie mógł na przekąs ten odpowiadać, jak odpowiada katechizm na zapytanie: Na co Pan Bóg człowieka stworzył? Katechizm ma na widoku moralność, widoki zaś pana Jakóba z takową nie licowały. Nie mógł przeto powiedzieć, że zadanie życia człowieczego zawiera się: w poznaniu Boga, wedle tego jak religia każe, w kochaniu go, w służeniu mu i w zasługiwaniu na żywot wieczny. Kłopotał się wiec nad wynalezieniem odpowiedzi, trzymającej środek pomiędzy katechizmową a salonową, gdy z kłopotu tego wyprowadziło go pojawienie się panny Aleksandry. Ucieszył się niem szczerze.
Dla panny Aleksandry, która układała sobie, zejść czułą parę w altanie, spotkanie to wypadło jak niespodzianka.
Czuła para przedstawiła się jej w postaci wcale nie miłej.
Panna Ewa, odwrócona twarzą od p. Jakóba, śledziła okiem ruchy motyla białego, który z kwiatka
na kwiatek przelatywał; pan Jakób ujrzawszy pannę Aleksandrę, miał minę człowieka, który się na manewrach zabłąkał i nagle na drogę natrafił.
? A! ? zaczęła panna Tulicka i słowa jej na ustach zamarły.
Chciała winszować, ale winszować nie było czego.
? Właśnie mówiliśmy o kwiatach ? podchwycił p. Jakób, zwracając do p. Aleksandry mowę. Kuzynka pani chciałaby zbadać istotę woni.
? O, Ewunia! ? odpowiedziała zagadnięta, rzucając wyraz dla tego jedynie, ażeby wydać dźwięk jaki a siebie.
? Pani tak lubi kwiaty i wonie!
? Bardzo.
? Woli pani polne czy ogrodowe?
? Prawdziwie, odpowiedzieć nie umiem ? odrzekła, ściągając usta. Zaskoczył mnie pan hrabia z zapytaniem znienacka. A pan, jakie kwiaty woli?
I potoczyła się dalej rozmowa w tym guście.
VIII.
Cofamy się wstecz o rok jeden i z Chrustowa, z Gawronów, z Zahorowa, przerzucamy się o mil kilkadziesiąt, z pośrodka towarzystwa znanego nam, pomiędzy ludzi, którzy wcale jeszcze w powieści niniejszej nie figurowali. Sród ludzi tych, chodzi nam o jednego szczególnie człowieka. Znajdziemy go jednak w licznem gronie. Sama młodzież. Wieczór letni wywalił ich pod niebo otwarte, pod którem wyciągnęły się w poczwórnym szeregu drzewa rosochate, wyrastające w taki sposób, iż środkowe szeregi idą wzdłuż drogi szerokiej, twardej, ubitej skrajne zaś wzdłuż chodników żwirem usypanych
? A! ? zaczęła panna Tulicka i słowa jej na ustach zamarły.
Chciała winszować, ale winszować nie było czego.
? Właśnie mówiliśmy o kwiatach ? podchwycił p. Jakób, zwracając do p. Aleksandry mowę. Kuzynka pani chciałaby zbadać istotę woni.
? O, Ewunia! ? odpowiedziała zagadnięta, rzucając wyraz dla tego jedynie, ażeby wydać dźwięk jaki a siebie.
? Pani tak lubi kwiaty i wonie!
? Bardzo.
? Woli pani polne czy ogrodowe?
? Prawdziwie, odpowiedzieć nie umiem ? odrzekła, ściągając usta. Zaskoczył mnie pan hrabia z zapytaniem znienacka. A pan, jakie kwiaty woli?
I potoczyła się dalej rozmowa w tym guście.
VIII.
Cofamy się wstecz o rok jeden i z Chrustowa, z Gawronów, z Zahorowa, przerzucamy się o mil kilkadziesiąt, z pośrodka towarzystwa znanego nam, pomiędzy ludzi, którzy wcale jeszcze w powieści niniejszej nie figurowali. Sród ludzi tych, chodzi nam o jednego szczególnie człowieka. Znajdziemy go jednak w licznem gronie. Sama młodzież. Wieczór letni wywalił ich pod niebo otwarte, pod którem wyciągnęły się w poczwórnym szeregu drzewa rosochate, wyrastające w taki sposób, iż środkowe szeregi idą wzdłuż drogi szerokiej, twardej, ubitej skrajne zaś wzdłuż chodników żwirem usypanych


