Zobacz też:







umiały, a te pytania redukowały się do jednego treści następującej:
? Na cóż nas mama opuściła?....
Nie prędko pan Marek odpowiedzieć na takowe zdołał;
? Mama nas opuściła, ale na miejscu swojem zostawiła ciocię, którą powinniście szanować, kochać i słuchać....
Sierotom pozostała więc ciocia, wujeczna p. Marka siostra, przed laty kilku owdowiała po radcy stanu, który pozostawił jej pensyjkę dożywotnią i córkę jedynaczkę. Ciocia nazywała się pani Eleonora Tulicka. Owdowienie jej było jakby Opatrzności zrządzeniem. Dowiedziawszy się o ciosie, jaki dotknął p. Marka, natychmiast do Chrustowa przyjechała i sama się ofiarowała.
? Bracie kochany ? były jej słowa ? znajdujemy się oboje w jednakowem położeniu.... ty wdowiec, ja wdowa.... tobie dał Pan Bóg dziatek pięcioro i matkę ich do chwały swojej zabrał, ja mam moją Olesię, ojca pozbawioną.... Bądź ty ojcem dla mego dziecka, ja będę matką dla twoich...
Panu Markowi ofiara ta wydała się za wielką.
? Za duży, siostro ? odparł ? bierzesz na barki swoje ciężar.... Moich sierot jest pięcioro, twoja jedna, zachodzi więc nieproporcyonalność na krzywdę twoją....
Pani Tulicka wytłumaczyła mu tak:
? Przedewszystkiem otwartość.... to słabość moja.... Jeżelibym mieszkała sama, jak dotąd, to pensyjkę moją przeżywać muszę, nie odkładając nic na stronę, to jest: ani na edukacyę Olesi, ani też na złożenie dla niej fundusiku na jaki taki posażek... W naszym wieku pannie bez posażku trudno na świecie.
Trzeba żeby miała choć cokolwiek.... Owoż, zamieszkamy u ciebie, składanie wiana dla Olesi stanie się rzeczą możliwą.... Ty nam dasz dachu i jadła, za procencik będziemy się okrywały, kapitalik będzie sobie rósł z roku na rok bez uszczerbków, z wyjątkiem tych, jakie czynić wypadnie na opłacanie nauczycieli i nauczycielek, w części jaka przypadać będzie na dolę moją. W ten sposób wyświadczysz mi dobrodziejstwo prawdziwe, inaczej bowiem musiałabym chyba iść w służbę do ludzi obcych, którzyby ani dla mnie, ani dla dziecka mego takich jak ty względów nie mieli....
Ależ to dobrodziejstwo dla mnie! ? zawołał p. Marek.
? Dla mnie, bracie kochany ? odrzekła z przyciskiem pani Tulicka.
? O! dla mnie....
? Nie... dla mnie...
? Poznaję w tem palec Opatrzności... wstawienie się do takowej ? mojej Róży poczciwej, która wyprosiła natchnienie siostry myślą przyjechania do mnie z propozycyą podobną.
? Przyznaję, że mi pomysł do propozycyi tej natchnienie podyktowało ? były słowa p. Tuliekiej, która widziała także palec Opatrzności, lecz nastawiony na większą jej aniżeli p. Marka korzyść, w jej bowiem mniemaniu, racyonalnem zresztą, nie co innego jeno Opatrzność usunęła p. Różę z drogi, i otworzyła jej wstęp do chrustowieckiego dworu.
Stroskanemu atoli mężowi nie wypadało tego powiadać, odkrywając mu przez to tajemnicze Opatrzności zrządzenie.
Pani Tulicka przeto nie dopowiedziała myśli swojej. ? Odrzekła:
? Otwartość przedewszystkiem.... tak mnie już widać Pan Bóg stworzył....wyświadczysz mi, bracie kochany, dobrodziejstwo prawdziwe, za które odwzajemnić się nie mogę inaczej, jak tylko usiłowaniem zastąpienia dzieciom twoim matki. Wiem, że tego nie dokażę, takiej bowiem, jaką była siostra nieboszczka, i ze świecą nie znaleźć.
? Och! to prawda ? westchnął p. Marek.
? Jednakże, będę się starała, będę usiłowała.... będę dziatki twoje uważała na równi z Olesią....
? Tak ? odparł p. Szamota. Niczego innego po siostrze dobrodziejce wymagać nie moża, i niczego innego wymagaćbym nie mógł po żadnej kobiecie, którąbym wziąść do domu musiał dla czuwania nad mojemi sierotkami. Płaciłbym, i za opłatę żadną nie kupiłbym serca macierzyńskiego, które dziatki moje u siostry dobrodziejki darmo znajdą. O Boże!
Wzniósł oczy do góry z dziękczynnym wyrazem i p. Tulicką w rękę pocałował.
? Obyż Bóg najmiłosierniejszy stokrotnie siostrze dobrodziejce wynagrodził! Ja wymawiam sobie tylko, ażeby siostra szanowna nie czyniła najmniejszego w fundusiku Olesi uszczerbku. Będą się uczyły dzieci moje, będzie się i ona uczyła z niemi. Nie chce różnicy robić siostra, nie będę robił i ja.
? Cóż z bratem kochanym robić! ? był p. Tulickiej z rozrzewnieniem wygłoszony wykrzyknik.
? Zachowam dla siostry w sercu wdzięczność niewygasłą.
? Przysługę oddajemy jedno drugiemu. Rozumiem bowiem ? westchnęła p. Tulicka ? co to jest serce matczyne.
? O! ? odparł p. Marek, dłoń podnosząc.
? Pozwolę sobie jednak, jeszcze jedno postawić
żądanie. Tu już brat kochany nie powie, że ja go dobrodziejstwuję.
? Co siostra rozkaże?
? Żebym posażek Olesi składać mogła w ręce brata kochanego ? odparła z przymileniem.
? Jeżeli zasługuję na ufności tyle.
? O! ? podchwyciła p. Tulicka. Niechże brat tego nie mówi! Jabym bratu kochanemu miliony bez namysłu powierzyła, a niedopiero kilkaset talarów, jakie mi rocznie wypłacają. Procentu nawet nie będę brała.
? Tak nie można ? odparł p. Marek ? procent chyba do kapitaliku przyłączać się będzie.
? Jak się tam bratu kochanemu podoba. Ja się na tem nie znam wcale, i ze słyszenia zaledwie wiem o procencie dwunastym, piętnastym, ale wyobrażenia nie mam, coby to znaczyć miało.
? To ja się na tem znam trochę. ? była p. Marka odpowiedź ? ani piętnastego, ani nawet dwunastego procentu siostrze nie dam, lecz tylko siódmy.
Pani Tulicka spojrzała na p. Marka. Ach! byłoż to spojrzenie. Oczy zmieniły się nagle w dwa ostre, długie, cienkie, błyszczące narzędzia i przebodły prezesa na wylot, a stało się tak szybko, że ten ani się spostrzegł. Zdaje się, że ukłucia uczuł, i zwrócił na oczy p. Tulickiej wzrok, lecz nie znalazł w takowych, nic innego tylko wyraz dobrotliwości podszytej rzewnością.
? Nie rozumiem się na tem nić a nic, powiadam bratu kochanemu. Siódmy? ? niech będzie siódmy. Czemuż raczej nie czwarty albo nie trzeci?
? A nie ? podchwycił p. Marek.
? Czemu nie? Piętnasty a trzeci? ja tu różnicy nie widzę żadnej.
? Różnica przecie wyraźna ? w cyfrach samych. Co piętnaście, to nie trzy.
? No, tak. Ale procent. Co to procent?
? Jest to dochód od kapitału, reprezentującego pracę, za którą należy się zarobek. Siostra dając komuś sto talarów, dajesz mu przez to sposobność zarobkowania w stosunku do takowych i należy się siostrze za to wynagrodzenie takie, ażeby ani wypożyczającemu ani pożyczającemu krzywdy nie było. Pożyczający potrzebuje i często zdarza się, że potrzebą naciśniony, gotów dać wynagrodzenie większe niż warto. Dla zapobieżenia temu, prawo naznacza pewną normę, nazywającą się procentem prawnym. Procent brany i dawany wzwyż tej normy, nazywa się lichwą, którą płacą, albo marnotrawcy, albo też ściśnięci potrzebą gwałtowną, albo zresztą spekulanci mający zyski nieprawe na widoku. Ja nie należę ani do tych, ani do tamtych, ani do owych, nie potrzebuję pożyczać, Bogu dzięki, nie mogę więc zobowiązywać się do płacenia procentów tak wysokich.
? Wszystko to dla mnie du grec ? odrzekła pani Tulicka. Mnieby oszukać tak łatwo.
? Tylko że ja nie mam tej intencyi ? wyrwało się p. Markowi z ust.
? Ach! bracie drogi! bracie kochany! ? zawołała p. Tulicka ? czyżbym posądzać miała! Miliony, miliony, powiadam, gdybym je posiadała, powierzyłabym bratu, bez namysłu, bez pytania co z niemi zrobić zechcesz. Na cóż tu jednak dowodu lepszego! Powierzam bratu siebie i, co ważniejsza, Olesię, która jest dla mnie nad miliony droższą. Ja się na żadnych procentach nie znam....
Podczas jednak, kiedy p. Marek teoryę procen-