Zobacz też:







była żoną idealną, sama nie wiedząc o tem. Stara też jejmość często z jej powodu synowi mawiała:
? Jędrusiu, tyś się pod szczęśliwą urodził gwiazdą... Wiedzie się tobie; żonka i fajna i gospodarna... Umrę spokojna o gęsi i wieprze...
Gęsi i wieprze stanowiły cote fort starej jejmości i cieszyły się predylekcyą z jej strony.
Ludzie co się z boku na to patrzali, powiadali jednozgodnie prawie, że pani Henryka zrobiła z siebie poświęcenie. A właśnie poświęcenia nie było tu ani kropelki, ani krzty, ani cienia. Zachodziło tu coś podobnego, jak z gieniuszami, które bywają dwojakie: naturalne i formowane Gieniusz naturalny ani się tego domyśla, że gieniuszem jest, swoje robi, pożytek przynosi i ludziom nie zawadza; formowany nadyma się, pozuje, dokucza, rady z nim sobie dać. nie sposób.
W małżonce pana Andrzeja, forsowanego nie było nic. Jedyny przymus, jaki sobie zadała, odnosił się do tej chwili, w której pani Tulicka oznajmiła jej oświadczyny pana Zgrzebłowicza. Byłaby wolała wówczas pod ziemię się zapaść, aniżeli za niego iść. Pod ziemię się jednak nie zapadła, poszła i dobrze się stało. Została żoną. idealną dla tego, że trafiła na drogę, na której nią być mogła; nadała się panu Andrzejowi jejmości starej i życiu w Zahorowie, jak struna w instrumencie muzycznym, odpowiadająca nastrojem ogólnemu instrumentu nastrojowi, nadaje się strunom innym. Przyrównawszy naprzykład pana Andrzeja do bajorka na gitarze ją przyrównać można do kwinty.
W społeczeństwie-bo ludzkiem w ogóle tak się dzieje, że jedni z członków onego są, bajorkami, drudzy kwintami, grona zaś rodzinne instrumenta-
mi rozlicznemi, narody orkiestrami, grającemi lepiej lub gorzej, stosownie do tego, jaką wartość instrumenta posiadają. Instrumenta dobre, koncert narodowy idzie, aż miło; liche, robi się z koncertu kocia muzyka. Potrzeba więc, ażeby struna każda miejsce swoje zajmowała wedle przydatności. Na tem polega ideał ustroju społecznego.
Rodzina p. Andrzeja ? w przeciągu lat paru znalazły się i dzieci ? przedstawiała gronko rzeczywiście idealne.
Przysłówek "rzeczywiście" i przymiotnik "idealne, " nie zgadzają się ze sobą. To też przymiotnik ustępował przysłówkowi, z tego zaś ostatniego robił się rzeczownik "rzeczywistość", brzmiący harmonią, kwitnący dostatkiem i przenikniony zadowoleniem.
? Ona doprawdy kontenta ? mówiła o Henryce panna Aleksandra.
? Kontenta ? wtórowała jej panna Ewa.
? Nie rozumiem tego ? powiadała pierwsza.
Druga nie na to nie odpowiadała, pomimo, że rozumiała. Rozumiała, że byćby potrafiła taką samą jak siostra, gdyby się znalazła w warunkach odpowiednich.
Co do siostry kwestya bytu doczesnego rozstrzygnęła się doskonale. Co do niej, taż sama kwestya stawała pod postacią zagadnienia, które zacny i rozumny pan Marek, poczciwy pan Stanisław, serdeczny Gucio i najlepsza pani Henryka rozwiązywali na wzór i podobieństwo tego. jak Aleksander Macedoński rozwiązał węzeł gordyjski.
? Cała sztuka w tem, ażeby wyszukać drugiego pana Andrzeja i wydać ją za niego... Znalazł się jeden: czemużby znaleźć się nie miał i drugi?.,
Ewunia jest na tyle rozsądną, że potrafi do męża się zastosować, potrafi w potrzebie dla niego się poświęcić, jak Henrysia...
Rozwiązanie to przychodziło im na języki wraz ze śliną. Przekonany przykładem córki starszej, uznawał je za praktyczne p. Marek, tylko upatrywał trudność niejaką w wynalezieniu drugiego Zgrzebłowicza. Trudność tę atoli usuwa? pan Stanisław.
? Zgrzebłowicz ? powiadał ? znalazł się nieszukany... Gdy się więc poszuka, to się z pewnością znajdzie... Ja mam oko...
Wyrazy ostatnie do tego się odnosiły, że miał się za sprawcę głównego w skojarzeniu stadła we względzie Henrysi. Szukał przeto, znajdując w tem szukaniu dobry pretekst do pędzenia w okolicy życia koczowniczego, które mu wielce smakowało. Krążenie jego przyrównaćby można do wędrówek Odyssea, z tą jeno różnicą, że ten ostatni jeździł po morzu, a ten po lądzie i z tą jeszcze, że ten szukał Itaki, ten zaś męża dla Ewuni. Możnaby o tem Odysseę napisać, pełną awantur, wypadków, a szczególnie rozmaitych qui pro quo, powstających ztąd, że podczas kiedy on szukał męża dla siostry, jego samego podejrzewano o poszukiwanie żony dla siebie. Pomijamy to jednak. Do obdarzenia ludzkości drugą Odysseą nie czujemy się zdolnymi, jak pan Stanisław zdolnym się czuł do wyszukania drugiego Zgrzebłowicza.
On szukał: Ewunia dojrzewała ? dojrzewała podwójnie, fizycznie i moralnie, pozostawiona samej sobie. Ojciec wypuścił córki w dzierżawę niby pani Tulickiej, której przypisywał uformowanie Henrysi na taką doskonałą niewiastę; spuszczał się też na nią zupełnie i we względzie Ewy i nie tro-
szczył się o nią wcale. Nie służyło to za dowód braku miłości ojcowskiej ? owszem: uznawał się jeno niekompetentnym. Zresztą czasu nie miał.
Pani Tulicka, jak wiemy, miała Ewunię za zimną egoistkę. Opinię tę powzięła o niej od lat jej najmłodszych, powód do takowej aż nadto dostateczny znajdując w zdolnościach, jakie dziewczyna okazywała. Kiedy się panienki uczyły jeszcze, ona przypuszczona do nauk najpóźniej, w krótkim czasie dopędziła i starszą siostrę i kuzynkę i znalazła się na przedzie. To przykrość pani Tulickiej sprawiało. Co do Henrysi, o tę mniejsza jeszcze; co do Olesi jednak, sukcessa Ewuni brała w znaczeniu obrazy osobistej, zwłaszcza, że sukcessów miarę stanowiły popisy przed gośćmi. Odnosiło się to do czasów tych, kiedy panny panienkami jeszcze były i krótkie sukienki nosiły. Pani Tulicka rada wyciągała Olesię, czy to na zagranie czegoś, czy też na oddeklamowanie czegoś i nie mogła, produkując się ze swoją usuwać Szamocianek, tembardziej, że przy Henrysi Olesia odbijała wcale nie źle. Ale Ewunia zawsze górę brała i aplauzy zdobywała. Ta wywiązywała się dobrze, ta jeszcze lepiej, jakby na przekór. Pani Tulicka upatrywała też w tem nie co innego, jeno ducha przekory, pochodzącego z zamiłowania osoby własnej.
? Nieznośna smarkacica! ? powiadała o Ewuni dziecku.
? Egoistka ? wyrzekła o niej, gdy na pannę wyrosła.
Ośmielała się lepiej aniżeli Olesia grać, z większem czuciem deklamować, więcej od niej umieć, a nadewszystko być od panny Tulickiej piękniejszą i młodszą.
Co do tego ostatniego punktu pani Tulicka poradziła sobie w sposób dosyć dowcipny, chociaż wcale ani nowy, ani oryginalny. Zatrzymała na Olesi zegar czasu na latach ośmnastu i nie pozwoliła mu iść naprzód ? zkąd poszło, że Ewunia w ośmnastym roku życia swego została rówieśnicą starszej od siebie o lat sześć kuzynki. Kwestya ta rozstrzygnęła się z łatwością. Pozostawała jednak kwestya piękności, z którą poradzić sobie sposobu nie było. Tu już egoizm Ewuni występował w szkaradzie całej. Nietylko od Olesi piękniejszą była, ale była piękną ? piękną, w całem słowa tego znaczeniu.
? O! wyrażała się o niej pułkownikowa ? ta Ewunia, gdyby ją pokazać, to daleko by zaszła.
?  Ale, gdyby pani kochana wiedziała ? odpierała pani Tulicka z miną politowanie miłosierne oznaczającą.
? Wiem ja... o! wiem. Ciało piękne, ale dusza?
? Niech Pan Bóg miłosierny broni... Takie to niewdzięczne. Wszystkoby rada zagarnąć dla siebie.
? Jednakże, gdyby ją w świat pchnąć...
? O! co się tego tyczy, drogę by sobie prędko znalazła.
Pułkownikowej nieraz na myśl przychodziło, czyby nie skaptować Ewuni dla pana Jakóba zapewniając mu przez to posag nie w brzęczącej monecie ale we wdziękach żony. Wiedziała jednak, że jest to rzecz śliska, na którą złakomiwszy się można wyjść jaknajgorzej. A nuż żona podobna porzuci! a nuż zeszpeci ją ospa lub inna choroba! a nuż nieszczęśliwego małżonka potomstwem licznem obdarzy! Przeciwko jednej szansie "za" przemawiało szans dużo "przeciw". "Lepszy wróbel w garści