Dwór w Chrustowie : powieść, Jeż Teodor Tomasz - str. 24
płaczu oczami w koziołek, na którym, niby na piedestału, wznosiła się postać woźnicy.
? Przepraszam cię, moje życie -były słowa powracającej z karczmy pułkownikowej. Przepraszam cię, kazałam ci za długo czekać na siebie, ale wina nie moja. Z tymi żydami, im interes drobniejszy, tem go oni dłużej przeciągają. O miliony kończą wnet, a o rzodkiewkę jedną targować się gotowi godzinę całą. To nieszczęście, że się bez nich. obejść nie możemy. Cóż, nie gniewasz się?
? Ach! pani droga! ? westchnęła panienka.
? Czas ci się dłużył jednak?
? Myślałam o mamie mojej. Skrzywiła się i chusteczkę do ócz poniosła.
Od karczmy do Gawronów liczyła się równo mila. Droga była równa, jechało się więc traktem wielkim, przechodzącym śród łanów i łąk.Zdala widniały lasy, siniejące od mgły, która miała pozór dymu leciuchnego. Był to jedyny, posiadający cechy malownicze widok. Łany i łąki do malowania się nie nadawały. Anglik pewien namalował na płótnie rozmiarów olbrzymich żyto na pniu dojrzałe, i wykonał pracę swoją znakomicie. Oglądałem obraz ten na wystawie paryzkiej. Znawcy przyznawali mu zalety wszystkie, z wyjątkiem jednej ? malowniczości. Był to wierny portret żyta na łanie, przedstawiającego się wdzięcznie, cudnie, zachwycająco, temu co je na wódkę przepędzi i na talary przemieni, ale nie nadającego się pod pendzel malarski. Toż Olesia w widokach, jakie się przy trakcie rozwijały, rozrywki znajdować nie mogła. Pojazd się toczył, a ona, smutna, zadumana, siedziała z okiem w skórę od kozła furmańskiego wlepionym.
? Przepraszam cię, moje życie -były słowa powracającej z karczmy pułkownikowej. Przepraszam cię, kazałam ci za długo czekać na siebie, ale wina nie moja. Z tymi żydami, im interes drobniejszy, tem go oni dłużej przeciągają. O miliony kończą wnet, a o rzodkiewkę jedną targować się gotowi godzinę całą. To nieszczęście, że się bez nich. obejść nie możemy. Cóż, nie gniewasz się?
? Ach! pani droga! ? westchnęła panienka.
? Czas ci się dłużył jednak?
? Myślałam o mamie mojej. Skrzywiła się i chusteczkę do ócz poniosła.
Od karczmy do Gawronów liczyła się równo mila. Droga była równa, jechało się więc traktem wielkim, przechodzącym śród łanów i łąk.Zdala widniały lasy, siniejące od mgły, która miała pozór dymu leciuchnego. Był to jedyny, posiadający cechy malownicze widok. Łany i łąki do malowania się nie nadawały. Anglik pewien namalował na płótnie rozmiarów olbrzymich żyto na pniu dojrzałe, i wykonał pracę swoją znakomicie. Oglądałem obraz ten na wystawie paryzkiej. Znawcy przyznawali mu zalety wszystkie, z wyjątkiem jednej ? malowniczości. Był to wierny portret żyta na łanie, przedstawiającego się wdzięcznie, cudnie, zachwycająco, temu co je na wódkę przepędzi i na talary przemieni, ale nie nadającego się pod pendzel malarski. Toż Olesia w widokach, jakie się przy trakcie rozwijały, rozrywki znajdować nie mogła. Pojazd się toczył, a ona, smutna, zadumana, siedziała z okiem w skórę od kozła furmańskiego wlepionym.
I pułkownikowa zadumana siedziała
O czemże dumała ona? Może przypominała sobie przeszłość własną?
Trakt nadawał się do budzenia wspomnień podobnych?
Lat temu ? ile? ze trzydzieści ? tym samym traktem ciągnął pułk jazdy. Otóż, był to widok malowniczy! Jeźdźce, w kurzu tumanach, wyglądali niby rycerze napowietrzni, połyskiwali od słońca, mienili się barwna odzieżą jak motyle i sprawiali chrzęst, szczęk, tentent, które rozlegały się w powietrzu nakształt odgłosów tańca gromadnego. Ciągnęło to od karczmy chrustowskiej do Gawronów. W Gawronach, w jednem z okien dworu, z którego widok na drogo wybiegał, stała panna na wydaniu, tęschnem okiem na trakt pusty spoglądając. Wyglądała przybycia tyra traktem sądzonego. Nie przybywał. Aż usłyszała nagle tentent i słuch natężyła, ujrzała następnie czoło kolumny jezdnej i oko jej ciemne zajaśniało, a na blade policzki rumieniec lekki wystąpił. Westchnęła. Westchnienie to wypłynęło z głębi piersi dziewiczej i. w pragnienie zmienione, uleciało po nad szeregi jazdy, która się tymczasem zbliżała, do wioski podchodziła i na błoniu obok krzyża w szyku stanęła. Oko panny owej na wydaniu z zajęciem wielkiem ruchy wszystkie śledziło. Widziała hufce we front się rozwijające i galopujących przed takowemi jeźdźców pojedynczych.
? Oficerowie ? westchnęła.
Front następnie łamać się począł. Hufiec odrywał się po hufcu i odchodził, wkońcu pozostała garstka i ta do Gawronów wkroczyła. Weszła i znikła. Stało się z nią jednak wedle słów Pisma: "Ma-
O czemże dumała ona? Może przypominała sobie przeszłość własną?
Trakt nadawał się do budzenia wspomnień podobnych?
Lat temu ? ile? ze trzydzieści ? tym samym traktem ciągnął pułk jazdy. Otóż, był to widok malowniczy! Jeźdźce, w kurzu tumanach, wyglądali niby rycerze napowietrzni, połyskiwali od słońca, mienili się barwna odzieżą jak motyle i sprawiali chrzęst, szczęk, tentent, które rozlegały się w powietrzu nakształt odgłosów tańca gromadnego. Ciągnęło to od karczmy chrustowskiej do Gawronów. W Gawronach, w jednem z okien dworu, z którego widok na drogo wybiegał, stała panna na wydaniu, tęschnem okiem na trakt pusty spoglądając. Wyglądała przybycia tyra traktem sądzonego. Nie przybywał. Aż usłyszała nagle tentent i słuch natężyła, ujrzała następnie czoło kolumny jezdnej i oko jej ciemne zajaśniało, a na blade policzki rumieniec lekki wystąpił. Westchnęła. Westchnienie to wypłynęło z głębi piersi dziewiczej i. w pragnienie zmienione, uleciało po nad szeregi jazdy, która się tymczasem zbliżała, do wioski podchodziła i na błoniu obok krzyża w szyku stanęła. Oko panny owej na wydaniu z zajęciem wielkiem ruchy wszystkie śledziło. Widziała hufce we front się rozwijające i galopujących przed takowemi jeźdźców pojedynczych.
? Oficerowie ? westchnęła.
Front następnie łamać się począł. Hufiec odrywał się po hufcu i odchodził, wkońcu pozostała garstka i ta do Gawronów wkroczyła. Weszła i znikła. Stało się z nią jednak wedle słów Pisma: "Ma-
luczko nie ujrzycie a maluczko znów ujrzycie mnie " Panna na wydaniu już się do odejścia od okna zabierała, kiedy zoczyła żołnierza na podwórze wchodzącego. Serce jej zabiło mocno. Przeczuciem snadź wiedziona, wybiegła do sieni, na ganek, na spotkanie żołnierza, który, znalazłszy się w obec niej furażerkę z głowy zdjął, postawę przybrał, odetchnął i przemówił:
? Pan major kłania się i ma honor prosić o pozwolenie mu odbycia dniówki we dworze.
? Pan major z familią? ? wymknęło się z ust panny na wydaniu zapytanie.
? Pan major ma honor w kawalerskim pozostawać stanie.
? Prosić! ? podniesionym głosem odrzekła panna na wydaniu.
Żołnierz odetchnął, na miejscu zwrot wykonał furażerkę na bakier włożył i odmaszerował a panna biegała z pokoju do pokoju, wołając:
? Major! major! major!
Majorem owym był p. Kawski, panną była hrabianka Amalia Jałomnicka.
Stanął kwaterą na odbycie dniówki i doznał losu szczupaka, wpadającego w matnię. A był taki groźny, ten pan major! taki wąsaty! taki bakumbardzisty! taki łysy! taki brwisty! taki nasrożony! taki nieprzystępny!
Przystąpiła jednak do niego.
Wyjechał z dniówki z pierścionkiem na palcu wyobrażającym słowo rycerskie.
Wkrótce potem panna Amalia została panią majorową i awansowała dwukrotnie, towarzysząc w ciągu wielu lat małżonkowi na zimowych leżach
? Pan major kłania się i ma honor prosić o pozwolenie mu odbycia dniówki we dworze.
? Pan major z familią? ? wymknęło się z ust panny na wydaniu zapytanie.
? Pan major ma honor w kawalerskim pozostawać stanie.
? Prosić! ? podniesionym głosem odrzekła panna na wydaniu.
Żołnierz odetchnął, na miejscu zwrot wykonał furażerkę na bakier włożył i odmaszerował a panna biegała z pokoju do pokoju, wołając:
? Major! major! major!
Majorem owym był p. Kawski, panną była hrabianka Amalia Jałomnicka.
Stanął kwaterą na odbycie dniówki i doznał losu szczupaka, wpadającego w matnię. A był taki groźny, ten pan major! taki wąsaty! taki bakumbardzisty! taki łysy! taki brwisty! taki nasrożony! taki nieprzystępny!
Przystąpiła jednak do niego.
Wyjechał z dniówki z pierścionkiem na palcu wyobrażającym słowo rycerskie.
Wkrótce potem panna Amalia została panią majorową i awansowała dwukrotnie, towarzysząc w ciągu wielu lat małżonkowi na zimowych leżach
w obozowiskach, na rewiach, w pochodach. Ach! życie to było.
A życie to przyszło tym samym traktem, którym toczył się powóz, wiozący młodą Olesię zadumaną i starą panią pułkownikowę także zadumaną. Pierwszej dum matka przedmiotem była; drugiej ? co? ? Icek może, a może, przypomniała sobie babka kiedy dziewką była.
A! Mniej wesołego niemasz nic, jak starość. To też starość szuka sobie rozrywek rozmaitych, znajdując takowe, ta w tem, owa w owem.
Pułkownikowa, naprzykład, rozkochała się w Olesi. Przywiozła ją do Gawronów, wysadziła z pojazdu i wprowadziła na pokoje.
Na spotkanie wyszedł pan Jakób, z papierosem w ręku.
? Masz ? rzekła ? pułkownika. Przywożę ci pannę do zabawki.
Był to żarcik w rodzaju śliskim, pułkiem zarywający. Pan Jakób skłonił się Olesi nizko a poważnie i do siostry z zapytaniem się zwrócił:
? Cóż to cię przez całe trzy dni zatrzymywało?
? Ta kochanka ? odparła zapytana, oczami na panienkę ukazując. Ach! co to za dziecko! Co to za anioł!... a!
Dłoń podniosła i takową wstrząsnęła.
? Czuję się jednak erętowaną (autor za ten wyraz najpokorniej czytelników przeprasza), jak koń całą milę w galopie trzymany. Potrzebuję spocząć i wyciągnąć się. Niechże pan brat gościa bawi, a ja się położę. Będę ci miała ciekawe do opowiedzenia rzeczy, ale o tem potem. Zdaje się, kapucyństwo pójdzie sobie przez. Adie....
Ukłoniła się i odeszła, zostawiając Olesię samo-
A życie to przyszło tym samym traktem, którym toczył się powóz, wiozący młodą Olesię zadumaną i starą panią pułkownikowę także zadumaną. Pierwszej dum matka przedmiotem była; drugiej ? co? ? Icek może, a może, przypomniała sobie babka kiedy dziewką była.
A! Mniej wesołego niemasz nic, jak starość. To też starość szuka sobie rozrywek rozmaitych, znajdując takowe, ta w tem, owa w owem.
Pułkownikowa, naprzykład, rozkochała się w Olesi. Przywiozła ją do Gawronów, wysadziła z pojazdu i wprowadziła na pokoje.
Na spotkanie wyszedł pan Jakób, z papierosem w ręku.
? Masz ? rzekła ? pułkownika. Przywożę ci pannę do zabawki.
Był to żarcik w rodzaju śliskim, pułkiem zarywający. Pan Jakób skłonił się Olesi nizko a poważnie i do siostry z zapytaniem się zwrócił:
? Cóż to cię przez całe trzy dni zatrzymywało?
? Ta kochanka ? odparła zapytana, oczami na panienkę ukazując. Ach! co to za dziecko! Co to za anioł!... a!
Dłoń podniosła i takową wstrząsnęła.
? Czuję się jednak erętowaną (autor za ten wyraz najpokorniej czytelników przeprasza), jak koń całą milę w galopie trzymany. Potrzebuję spocząć i wyciągnąć się. Niechże pan brat gościa bawi, a ja się położę. Będę ci miała ciekawe do opowiedzenia rzeczy, ale o tem potem. Zdaje się, kapucyństwo pójdzie sobie przez. Adie....
Ukłoniła się i odeszła, zostawiając Olesię samo-
wtór z p. Jakóbem, który też natychmiast przybrał postawę nadskakującego. Nastrajał wyraz oczu, wyciągał się, przeginał, pociągał sobie kamizelkę, poprawiał kołnierzyki, rozgładzał faworyty i zawiązał rozmowę niezmiernie interesującą o delikatności płci, jako o zalecie znamionującej wartość niewieścią. Materya ta, istnienia której Olesia w Chrustowie ani się domyślała, zafrasowała ją najprzód, nowością, następnie, rozległością wiadomości, jakie w tym względzie hrabia posiadał. Przykłady przez niego przytaczane i tajemnice odkrywane, na wołowej nie dałaby się spisać skórze. Wszystko to wygłaszał z wdziękiem nie do opisania, zajął zaś najbardziej, gdy, w sposób delikatny i zajmujący, Olesię samą wziął niejake za przedmiot studiów.
? Proszę mi dać rękę.
Wziął jej rączkę i położywszy ją na dłoni swojej,
posiadającej aksamitną w dotykaniu delikatność, mimowolnie niby wydał wykrzyk:
? A!.
Natychmiast wykrzyknika tego powód wytłómaczył.
? Hołd składam rączce pani, a raczej klassycznym onej kształtom. Co za prawidłowość w rozmiarach! co za wytoczystość w paluszkach! Thorwaldsen pół życiaby dał, gdyby mógł rączkę taką na model dostać.... To cudo prawdziwe.
Olesia cuda tego nie cofała z pana Jakóba dłoni, którą on posunął wyżej nieco i, zajmując palcami w tem miejscu, w którem lekarz pulsu bada, prowadził dalej rzecz swoją. Opowiadał, że sławną płeć miała Marya Antonina, królowa francuzka.
? Ta biedna, którą ścięto.... Ale i pani ? dodał, głowy giestem słowa popierając ? i pani pod tym
? Proszę mi dać rękę.
Wziął jej rączkę i położywszy ją na dłoni swojej,
posiadającej aksamitną w dotykaniu delikatność, mimowolnie niby wydał wykrzyk:
? A!.
Natychmiast wykrzyknika tego powód wytłómaczył.
? Hołd składam rączce pani, a raczej klassycznym onej kształtom. Co za prawidłowość w rozmiarach! co za wytoczystość w paluszkach! Thorwaldsen pół życiaby dał, gdyby mógł rączkę taką na model dostać.... To cudo prawdziwe.
Olesia cuda tego nie cofała z pana Jakóba dłoni, którą on posunął wyżej nieco i, zajmując palcami w tem miejscu, w którem lekarz pulsu bada, prowadził dalej rzecz swoją. Opowiadał, że sławną płeć miała Marya Antonina, królowa francuzka.
? Ta biedna, którą ścięto.... Ale i pani ? dodał, głowy giestem słowa popierając ? i pani pod tym


