Dwór w Chrustowie : powieść, Jeż Teodor Tomasz - str. 22
Zobacz też:
-
Zagęszczanie włosów
www.dermatek.pl -
Kontenery
magnus.pl -
Meble
www.caromeble.com -
Quady
dragon-paintball.com.pl



Ateki gwiazdą zajaśniał na horyzoncie literackim, jest jego dobrym znajomym. W ten sposób podraźnił ich ciekawość. Panny rozpytywać się poczęły, usiłując zdjąć zasłonę z postaci tajemniczej, brylantowemi do czytelników przemawiającej słowami. Stanisław drożył się, cedził wyznania odnoszące się do postaci tej, powiedział, ze znajduje się ona w blizkiej styczności z kimś, kogo one dobrze znają, że nosi nazwisko doskonale im znane i t. d., miał już odkryć owego kogoś, gdy wyjazd niespodziewany Olesi odwrócił uwagę od Ateków, od literatury, od ktosiów, od wszystkiego.
? Że też ta baba ? pomyślał Stanisław sobie ? szkodzi chcący i niechcący!
Ani się domyślał, że właśnie baba ta stała się potężnym jego sprzymierzeńcem.
Pani Tulicka, pogrążona w żalu swoim, zapomniała była o Zgrzebłowiczu. Przypomniała sobie o nim jednak, a raczej, on się jej przypomniał sam.
Przyjechał.
Przyjazd p. Andrzeja sprawił wrażenie niezwykłe. Panny, przypomniawszy sobie scenę, popłoszyły się. p. Tulicka wpadła w rozdrażnienie, pan Stanisław doznał uczucia winowajcy, mającego stanąć oko w oko z pokrzywdzonym. Jeden tylko pan Marek zachował spokój, powitał gościa ze zwykłą uprzejmością i wprowadził go do salonu, bawiąc rozmową gospodarską.
Pan Andrzej okazywał się jakoś zmieszanym. Odpowiadał, czuć jednak było, że znajdował się pod panowaniem myśli jakiejś, która mu dystrakcyę sprawiała.
Po upływie chwil kilku pokazała się p. Tulicka, uśmiechnięta, uprzejma, rozpromieniona, powitała
? Że też ta baba ? pomyślał Stanisław sobie ? szkodzi chcący i niechcący!
Ani się domyślał, że właśnie baba ta stała się potężnym jego sprzymierzeńcem.
Pani Tulicka, pogrążona w żalu swoim, zapomniała była o Zgrzebłowiczu. Przypomniała sobie o nim jednak, a raczej, on się jej przypomniał sam.
Przyjechał.
Przyjazd p. Andrzeja sprawił wrażenie niezwykłe. Panny, przypomniawszy sobie scenę, popłoszyły się. p. Tulicka wpadła w rozdrażnienie, pan Stanisław doznał uczucia winowajcy, mającego stanąć oko w oko z pokrzywdzonym. Jeden tylko pan Marek zachował spokój, powitał gościa ze zwykłą uprzejmością i wprowadził go do salonu, bawiąc rozmową gospodarską.
Pan Andrzej okazywał się jakoś zmieszanym. Odpowiadał, czuć jednak było, że znajdował się pod panowaniem myśli jakiejś, która mu dystrakcyę sprawiała.
Po upływie chwil kilku pokazała się p. Tulicka, uśmiechnięta, uprzejma, rozpromieniona, powitała
gościa, rozpytywać go poczęła o zdrowie, o drogę, o pogodę, prosiła go, ażeby usiadł oboie niej i jak tylko p. Marek, spostrzegłszy się, że gość bawionym jest należycie, za drzwi pod jakiemiś pozorami się wyniósł ? natychmiast do rzeczy przystąpiła.
? Pan dobrodziej ? rzekła z przymileniem ? ma zamiary....
? Pani dobrodziejko ? odparł pan Andrzej, nie wiedząc o co właściwie chodzi.
? Zamiary względem jednej z kuzynek moich?
? To jest, hm ? uczul w gardle coś, co mu niby kość zawadzało. To znaczy, że uważałbym się za najszczęśliwszego w świecie....
? Pan dobrodziej o starszą?
? Jeżeli ? chrząknął znowu. Tak jest, pani dobrodziejko, o starszą.
W myśli stanęła mu Olesia.
? Owoż, zaczęła p. Tulicka. Nie wiem, nie umiem z góry powiedzieć, jak panna Szamociauka przyjmie zamiary jego. Ostatecznie, od niej to zależy. Co do mnie, zapewnić mogę pana dobrodzieja, że sprzyjam mu szczerze., i że powinszowałabym kuzynce mojej, gdyby sobie pana dobrodzieja na dozgonnego dobrała towarzysza.
? Pani dobrodziejko! ? zawołał p. Andrzej w uradowaniu. Wdzięczność moja dla pani granie nie będzie miała.
? Nie wiem, czy ze strony panny, nie wiem, czy ze strony ojca, nie będzie trudności jakich; co do mnie jednak nie będzie żadnych.
? Jakżem ja pani dobrodziejce wdzięczen!
? Panienka skromna, uczciwa i dobrze wychowana. Wychowywałam ją sama ? ciągnęła p. Tulicka dalej. Wady, niedostatki, jeżeli się tam i znaj-
? Pan dobrodziej ? rzekła z przymileniem ? ma zamiary....
? Pani dobrodziejko ? odparł pan Andrzej, nie wiedząc o co właściwie chodzi.
? Zamiary względem jednej z kuzynek moich?
? To jest, hm ? uczul w gardle coś, co mu niby kość zawadzało. To znaczy, że uważałbym się za najszczęśliwszego w świecie....
? Pan dobrodziej o starszą?
? Jeżeli ? chrząknął znowu. Tak jest, pani dobrodziejko, o starszą.
W myśli stanęła mu Olesia.
? Owoż, zaczęła p. Tulicka. Nie wiem, nie umiem z góry powiedzieć, jak panna Szamociauka przyjmie zamiary jego. Ostatecznie, od niej to zależy. Co do mnie, zapewnić mogę pana dobrodzieja, że sprzyjam mu szczerze., i że powinszowałabym kuzynce mojej, gdyby sobie pana dobrodzieja na dozgonnego dobrała towarzysza.
? Pani dobrodziejko! ? zawołał p. Andrzej w uradowaniu. Wdzięczność moja dla pani granie nie będzie miała.
? Nie wiem, czy ze strony panny, nie wiem, czy ze strony ojca, nie będzie trudności jakich; co do mnie jednak nie będzie żadnych.
? Jakżem ja pani dobrodziejce wdzięczen!
? Panienka skromna, uczciwa i dobrze wychowana. Wychowywałam ją sama ? ciągnęła p. Tulicka dalej. Wady, niedostatki, jeżeli się tam i znaj-
da jakie, to bardzo drobne, bo i któż jest bez wad! -Nie powiedziałabym tego o młodszej ? rzekła nawiasem. Że chcę jednak być z panem dobrodziejem otwarcie, otwartość jest słabością moją, więc powiedzieć mu muszę, iż niedostatki największe zajdą ze strony posagu.
? Usuwam je na stronę i nic o nich wiedzieć nie chcę ? odrzekł p. Andrzej.
? Jeżeli tak, to niech pan dobrodziej konkuruje, pewny poparcia z mojej strony.
Rozmowę tę przerwało wejście Stanisława. Ten niewiedząc o niczem, bawić począł gościa rozprawą o przeszłorocznym śniegu.
Wkrótce towarzystwo powiększyło się przybyciem panien. Pan Andrzej, nie widząc tej, o którą konkuruje, przyczynę nieobecności jej przypisał wstydliwości dziewiczej, która wydała się mu o ile naturalną, o tyle na swojem miejscu.
Bawienie gościa poszło zwykłym porządkiem.. Przybyło osób parę nowych. Podano do stołu. Po obiedzie dopiero, pan Andrzej znalazł sposobność uścisnąć Stanisławowi dłoń, i powiedzieć mu z przyciskiem wdzięcznością nabrzmiałym:
? Dziękuję.
? Za co? ? było młodego człowieka zapytanie.
? Mówiłem z panią radczynią.
? No? ? Usposobiona dla mnie jak najlepiej.
? A powtórz-że mi rozmowę twoją.
Pan Andrzej opowiedział. Stanisław wysłuchawszy z uwagą ? rzekł:
? Dziwi mnie to trochę, a to dla tego, że ze strony ciotki nie spodziewałem się poparcia. Musiała chyba z ojcem mówić. Chodźmy teraz do ojca.
? Usuwam je na stronę i nic o nich wiedzieć nie chcę ? odrzekł p. Andrzej.
? Jeżeli tak, to niech pan dobrodziej konkuruje, pewny poparcia z mojej strony.
Rozmowę tę przerwało wejście Stanisława. Ten niewiedząc o niczem, bawić począł gościa rozprawą o przeszłorocznym śniegu.
Wkrótce towarzystwo powiększyło się przybyciem panien. Pan Andrzej, nie widząc tej, o którą konkuruje, przyczynę nieobecności jej przypisał wstydliwości dziewiczej, która wydała się mu o ile naturalną, o tyle na swojem miejscu.
Bawienie gościa poszło zwykłym porządkiem.. Przybyło osób parę nowych. Podano do stołu. Po obiedzie dopiero, pan Andrzej znalazł sposobność uścisnąć Stanisławowi dłoń, i powiedzieć mu z przyciskiem wdzięcznością nabrzmiałym:
? Dziękuję.
? Za co? ? było młodego człowieka zapytanie.
? Mówiłem z panią radczynią.
? No? ? Usposobiona dla mnie jak najlepiej.
? A powtórz-że mi rozmowę twoją.
Pan Andrzej opowiedział. Stanisław wysłuchawszy z uwagą ? rzekł:
? Dziwi mnie to trochę, a to dla tego, że ze strony ciotki nie spodziewałem się poparcia. Musiała chyba z ojcem mówić. Chodźmy teraz do ojca.
Z panem Markiem rzecz poszła gładko. Powiedział, że się ani sprzeciwia, ani nie sprzeciwia zsyłając się całkowicie na córkę, którą zawsze, w mniemaniu p. Andrzeja, była panna Aleksandra.
Jakież była zdziwienie jego, gdy się ujrzał w obec p. Henryki!
Zapomniał, jak to powiadają, języka w gębie, a i Henrysia miała minę taką, jakby jej mowę nagle odjęto.
? Ależ bo, konkury p. Andrzeja spadły na nią niespodzianie, niby piorun w dzień jasny. Do obiadu przy obiedzie niczego się nie domyślała. Dla tego była swobodną i apetyt jej służył, posiliła się i uszom własnym wierzyć nie chciała, gdy następujące z ust ciotki usłyszała wyrazy:
? Henrysiu, dziecko moje, pan Zgrzebłowicz oświadczył się o ciebie.
? Ciociu! ? krzyknęła.
? Oświadczył się o ciebie.
? Ciocia żartuje ? odrzekła blednąc i czując ogarniającą ją trwogę wielką.
? Oświadczył się ? powtórzyła p. Tulicka po raz trzeci ? i trzeba, żebyś mu odpowiedziała.
Pod dziewczyną nogi zadrżały. Poczęła się trząść niby w febrze, i uciekać chciała.
? Nie bądź-że dzieckiem ? perswadowała ciotka. Nikt ciebie nie ciągnie. Zechcesz, pójdziesz za Zerzebłowicza, nie zechcesz, nie pójdziesz. Co do mnie życzyłabym ci nie odmawiać tej partyi lekkomyślnie. Kto wie, czy się doczekasz lepszej.
? Ciociu, za nic!
? Dziecko jesteś! głupią nie bądź! Gdybyś się trochę tylko zastanowiła, to....
Jakież była zdziwienie jego, gdy się ujrzał w obec p. Henryki!
Zapomniał, jak to powiadają, języka w gębie, a i Henrysia miała minę taką, jakby jej mowę nagle odjęto.
? Ależ bo, konkury p. Andrzeja spadły na nią niespodzianie, niby piorun w dzień jasny. Do obiadu przy obiedzie niczego się nie domyślała. Dla tego była swobodną i apetyt jej służył, posiliła się i uszom własnym wierzyć nie chciała, gdy następujące z ust ciotki usłyszała wyrazy:
? Henrysiu, dziecko moje, pan Zgrzebłowicz oświadczył się o ciebie.
? Ciociu! ? krzyknęła.
? Oświadczył się o ciebie.
? Ciocia żartuje ? odrzekła blednąc i czując ogarniającą ją trwogę wielką.
? Oświadczył się ? powtórzyła p. Tulicka po raz trzeci ? i trzeba, żebyś mu odpowiedziała.
Pod dziewczyną nogi zadrżały. Poczęła się trząść niby w febrze, i uciekać chciała.
? Nie bądź-że dzieckiem ? perswadowała ciotka. Nikt ciebie nie ciągnie. Zechcesz, pójdziesz za Zerzebłowicza, nie zechcesz, nie pójdziesz. Co do mnie życzyłabym ci nie odmawiać tej partyi lekkomyślnie. Kto wie, czy się doczekasz lepszej.
? Ciociu, za nic!
? Dziecko jesteś! głupią nie bądź! Gdybyś się trochę tylko zastanowiła, to....
? Ależ on ? przerwała Henrysia ? nie o mnie, tylko o Olesie....
? Wierzysz temu, co Stanisław plótł, jakbyś nie wiedziała, że z ust jego same jeno wychodzą żarty. Zgrzebłowicz oświadczył mi się o ciebie, wyraźnie o ciebie i gdybyś, jak powiadam, zastanowiła się troszeczkę tylko, to przyjęłabyś go z ochotą.
Dziewczyna broniła się uparcie, wnet jednak broń złożyła, gdy p. Tulicka strzeliła w nią wyrocznym wyrazem: poświęcenie.
W krótkich a dosadnych wyrazach, posępnemi barwami, odmalowała jej stan interesów ojcowskich, następnie zaś, tę przedstawiła ewentualność, że Zgrzebłowiez, jeżeliby mu Henrysia odmówiła, gotów się starać o Olesię.
? A dla mnie ? mówiła ? dla mnie, rozstanie się z Olesią byłoby ciosem, któryby mnie do grobu wtrącił. Jeżeli mnie przeto choć trochę kochasz, to się poświęcisz i dla mnie.
? Poświęcę się ? szepnęła dziewczyna.
I wyrazem tym wyszturchana niejako, wyszła do salonu, gdzie, za interwencyą Stanisława, odbyły się oświadczyny formalne.
Henrysi tak w oczach pociemniało, że przez mgłę tylko widziała przyszłego swego, który, ze swojej strony, ze zdziwienia wyjść nie mógł, widząc, że starsza Szainocianka wystąpiła pod postacią p. Henryki. Przyklękając jednak przed nią, jak formalność każe, na jedno kolano, pomyślał sobie:
? Co mi tam!
I oświadczył się p. Henryce.
Oświadczynom tym asystowali: p. Marek, p. Tu-
? Wierzysz temu, co Stanisław plótł, jakbyś nie wiedziała, że z ust jego same jeno wychodzą żarty. Zgrzebłowicz oświadczył mi się o ciebie, wyraźnie o ciebie i gdybyś, jak powiadam, zastanowiła się troszeczkę tylko, to przyjęłabyś go z ochotą.
Dziewczyna broniła się uparcie, wnet jednak broń złożyła, gdy p. Tulicka strzeliła w nią wyrocznym wyrazem: poświęcenie.
W krótkich a dosadnych wyrazach, posępnemi barwami, odmalowała jej stan interesów ojcowskich, następnie zaś, tę przedstawiła ewentualność, że Zgrzebłowiez, jeżeliby mu Henrysia odmówiła, gotów się starać o Olesię.
? A dla mnie ? mówiła ? dla mnie, rozstanie się z Olesią byłoby ciosem, któryby mnie do grobu wtrącił. Jeżeli mnie przeto choć trochę kochasz, to się poświęcisz i dla mnie.
? Poświęcę się ? szepnęła dziewczyna.
I wyrazem tym wyszturchana niejako, wyszła do salonu, gdzie, za interwencyą Stanisława, odbyły się oświadczyny formalne.
Henrysi tak w oczach pociemniało, że przez mgłę tylko widziała przyszłego swego, który, ze swojej strony, ze zdziwienia wyjść nie mógł, widząc, że starsza Szainocianka wystąpiła pod postacią p. Henryki. Przyklękając jednak przed nią, jak formalność każe, na jedno kolano, pomyślał sobie:
? Co mi tam!
I oświadczył się p. Henryce.
Oświadczynom tym asystowali: p. Marek, p. Tu-