Zobacz też:







? Do trzech jednak zalecać się ? jakoś nie wypada.
? Zalecałbym się do jednej; gdybym wiedział, która z nich najochotniej poszłaby za mnie.
Nie wiesz ty przypadkiem?
Bodajby mnie piorun trzasł, jeżeli wiem ? odparł Stanisław, przedrzeźniając odpowiedź jego.
Pan Andrzej brwi marszczył i po czole dłonią się tarł. Wreszcie rzekł: ? Ha! ot sęk.
? Pierworodny ? dorzucił Stanisław.
? Czy nie mógłbyś przeto wyrozumiej któraby mi harbuza nie dała, zaczynając, naprzykład, od...
Najstarszej, Olesi? ? podpowiedział Stanisław.
? Nie, możeby lepiej było zacząć od najmłodszej zaczynając bowiem od najstarszej, to, gdy ona odpali, młodsze pójdą za nią i odpalą także; gdy zaś najmłodsza odpali, to starsze... hm... może... nie będą się poczuwały do obowiązku iść za jej przykładem. He? cóż myślisz?
? Kombinacja nie jest racyonalności pozbawiona.
? Mogę wiec ciebie o wyrozumienie prosie?
? Owszem zapytam, Chcesz więc tak: jeżeli nie Ewunia, to Henrysia, jeżeli nie Henrysia, to Olesia?
? Ewunia ? poprawił, panna Ewa najmłodsza? ? Najmłodsza.
? Dobrze, niech przeto będzie tak: jeżeli nie panna Ewa, to panna Henryka, nie panna Henryka, to panna Aleksandra. Mnie to wszystko jedno. Chciałbym się ożenić, takie bowiem jest przeznaczenie nasze; mam dla pana prezesa cześć głęboką i pragnąłbym gorąco, ażeby teściem moim, ojcem
drugim, był nie kto inny, jeno. on Uważałbym to sobie za zaszczyt i za szczęście wielkie.
? Chodzi ci wiec bardziej o teścia, aniżeli o to, kto ma być żoną twoją....
? Jakie drzewo, taki owoc ? odparł pan Andrzej na uwagę powyższą. Biorąc żonę z domu prezesa, z góry w niej byłbym zacności pewnym... A zacność, to grunt, reszta przyjdzie... Jestem człowiekiem zamożnym...
? I uczciwym ? dodał Stanisław. Chciałem powiedzieć i nie starym nie sknerą, nie kutwą... Żona rozsądna mogłaby mieć pociechę ze mnie... Proszę cię przeto, zechciej wyrozumieć i wyrozumiawszy, powiedz mi otwarcie, poradź, po przyjacielsku...
Ton wyrazów tych taką brzmiał serdecznością, że Stanisław za odpowiedź całą dłoń mu do uściśnienia podał.
Z polecenia swego Stanisław w wiadomy wywiązał się sposób.
Zrozumiał jednak, że bąka strzelił, miał zaś rozsądku tyle i o tyle był od przesadów wolnym, że Zgrzebłowicz przedstawiał się mu jako człowiek mogący zapewnić los kobiecie, któraby w małżonku nie szukała istoty nadzwyczajnej. Ustępując pod względem jedynie urodzenia tym, w szeregach których znaleźćby się mogli konkurenci o ręce sióstr jego, nie ustępował żadnemu z nich pod względem ukształcenia, ani nawet pod względem poloru. Cóż to bowiem za polor tej młodzieży, co przy damach fajki pali i zabawia je opowiadaniami o zaletach doskoczów i o cnotach kasztanów! Przewyższał zaś niejednego wartością, że tak rzeknę, przeciętną, był rządny, sumienny, obyczajny, pewny; kobieta, coby
mu rękę oddała, spokojną być mogła i o przyszłość swoją i o cześć, Dla sióstr Stanisław nie mógł życzyć mężów stosowniejszych, a to tembardziej, że dzięki wzorowi, jaki w osobie ciotki miał przed oczami, uważał kobiety za istoty niższego rzędu, nie mogące obchodzić się bez opiekunów, za istoty stosowne dla mężczyzn, obowiązanych je osłaniać, bronić i prowadzić. Tak mu się przez pryzmat preferansików, faraoników, dymów fajczanych i stosunków ustalonych przedstawiał porządek spółeczny. Podporządkowywał płeć piękną płci męzkiej i nie czynił w tym względzie dla siostr własnych wyjątku. Kochał je jednak ? i dla tego właśnie poczuwał się do obowiązku naprawienia sprawy, którą popsuł przez to, że wydawało się mu, iż zagajona półżartem, da się na seryo do końca doprowadzić. Chodziło mu przedewszystkiem o przygotowanie ojca.
? Proszę tatka ? zagabnął pana Marka nazajutrz po scenie przez ciotkę wyprawionej. Zgrzebłowicz na seryo zamyśla prosić o rękę jednej z naszych panien.
? Niezgrabnie się jednak do rzeczy wziął.
? Wina tej niezgrabności całkowicie spada na mnie. On prosił mnie o wyrozumienie.
? Cóż więc! wyrozumiałeś....
? Było to pudło, aleby może poprawić jako można. Zgrzebłowicz jest człowiekiem ze wszech miar pożądanym na męża czy to dla Olesi, czy też dla Henrysi lub Ewuni.
? Hm, mruknął p. Marek. Ale ? tu się nieco zastanowił ? Zgrzebłowicz....
? W czasach naszych, czyż zważa się na to?
Tatko sam, wyprawiając mnie do niego, powiedział mi, że to człowiek uczciwy.
? Uczciwy ? powtórzył p. Marek.
? Czyż więc uczciwość nie więcej warta, aniżeli pochodzenie?
? Nie utrzymuję i nie utrzymywałem nigdy, ażeby więcej być wartą nie miała! ? podchwycił żywo stary szlachcic. Zawsze jednak, jeżeliby się trafił ktoś uczciwością mu równy, a urodzeniem wyższy...
? A jeżeliby się nikt taki nie trafił?
? Hm, wolałbym kogo innego.
? Tatku kochany, przyszłość ? zagadka, teraźniejszość zaś przedstawia się pod postacią pewnika, w osobie Zgrzebłowicza, pragnącego za żonę pojąć jedną z panien naszych, głównie dla tatka.
? Dla mnie? W imie Ojca i Syna!
? Powtórzę własne jego słowa: "Powziąłem dla prezesa cześć głęboką i pragnąłbym gorąco, ażeby teściem moim, drugim ojcem, był nie kto inny, tylko on. Uważałbym to sobie za zaszczyt i za szczęście wielkie. "
? Podchlebia mi to wielce, ale chodzi tu nie o mnie.
? Właśnie też. Chodzi o jedną z panien naszych.
? Olesi ? matka nie da.
? Oprócz Olesi jest Henrysia, jest Ewunia.
? Ewunia, dziecko jeszcze ? bronił się p. Marek.
? Więc Henrysia? Pan Marek ramionami ścisnął.
? Zgrzebłowicz spokrewniony blizko z Kozarskimi.
? Ale nie z tymi.
? Ta sama jednak rodzina, dowiadywałem się: szlachta dobra, tego samego herbu.
? Przecież się Zgrzebłowicz stara nie o mnie.
? On się właściwie nie stara o nikogo jeszcze, lecz dopiero przedstępne stawia kroki, pragnąc z góry wiedzieć, czy tatko przeciwnym mu nie będzie.
? Hm? ja? A cóż! niech się stara.
? Tatko go upoważnia do tego?
? Ani upoważniam, ani nie upoważniam. Niech się stara. Jeżeli potrafi podobać się Henrysi, to ja pomimo że, otwarcie powiadam, wolałbym na zięcia kogo innego niż Zgrzebłowicza, jeżeli jednak, Henrysia go zechce, to, ha, niech idzie.
Stanisławowi tego tylko potrzeba było. Po scenie z ciotką, ze strony której przewidywał przeszkody dla przeszkód, dla przyjemności stanięcia na opak, pragnął mieć przynajmniej ojca po sobie, ażeby, wrazie odmowy ze strony Henrysi, odpowiedzialność za takową odnieść do powodów, nie mających w sobie nic dla p. Andrzeja ubliżającego. Chciał zdobyć możność osłodzenia mu pigułki; chciał sprowadzić kombinacyą taką, ażeby p. Andrzej mógł powiedzieć sobie:
? Ojciec mi sprzyjał, brat sprzyjał, ale.... kobiety....
Kobiety, w mniemaniu Stanisława, były to istoty nieodpowiedzialne za wszelkie popełniać się przez nie mające niedorzeczności.
Przygotowawszy więc ojca, puścił rzecz w odwłokę, w tym zapewne celu, ażeby czas zatarł wrażenie, jakie scena sprawiła, a może też i bez celu żadnego. Wspomniał jeno przed siostrami, od niechcenia niby, że nowy pisarz, który pod nazwiskiem