Dwór w Chrustowie : powieść, Jeż Teodor Tomasz - str. 20
Zobacz też:
-
Ubezpieczenia assistance
www.bgz.pl -
Okna PCV
www.vetrex.com.pl -
Biuro rachunkowe warszawa
www.saldo-plus.pl



żal, tę boleść Panu Bogu ofiaruje. Pan Bóg cioci wynagrodzi stokrotnie.
? Ach! ? zawołała p. Tulicka. Miesiąc cały bez Olesi!
? My cioci kochanej....
? Co wy! ? przerwała. Och! Olesiu moja. Teraz dopiero ? działo się to w kwadrans po odjeździe pułkownikowej ? teraz poznaję, że mi ciebie nikt nie zastąpi. Och! jakże ja ten miesiąc przeżyję.
Podniesienie żalu do skali tak wysokiej, czyniło pocieszanie wszelkie niepodobnem. Pani Tulicka płakała i modliła się, modliła się i znów płakała. Tak upłynęło godzin parę, poczem zasiadła do pisania listu i nad wieczorem posłańca do Gawronów wyprawiła. Żal jednak, w apogeum swojem, objawił się dopiero nazajutrz rano, powodem zaś onego było to, że śnił się jej książe Albert i nie miała komu snu opowiedzieć.
? Teraz dopiero, teraz, dłonią trzęsąc i oczy wzniesione trzymając, wołała - brak jej czuję! Teraz, ach! teraz.
Zasiadła do listu. O godzinie dziesiątej pojechał do Gawronów posłaniec, rozmijając się z tym, który ztamtąd odpowiedź na list z wieczora wyprawiony przynosił.
Objawy rozpaczne powtarzały się regularnie rano, po obiedzie, po herbacie i po wieczerzy, czas 'zaś przed obiadem, przed herbatą i przed wieczerzą poświęcony był pisaniu listów, z których pierwszy, zaczynany z wieczora, był zawsze najdłuższym, obejmował bowiem, obok wynurzenia uczuć, sprawozdanie tak z wypadków dziennych, jako też ze zdarzeń sennych. W liście poobiednim uskarżała się zazwyczaj przed córką na niewdzięczność młodego
? Ach! ? zawołała p. Tulicka. Miesiąc cały bez Olesi!
? My cioci kochanej....
? Co wy! ? przerwała. Och! Olesiu moja. Teraz dopiero ? działo się to w kwadrans po odjeździe pułkownikowej ? teraz poznaję, że mi ciebie nikt nie zastąpi. Och! jakże ja ten miesiąc przeżyję.
Podniesienie żalu do skali tak wysokiej, czyniło pocieszanie wszelkie niepodobnem. Pani Tulicka płakała i modliła się, modliła się i znów płakała. Tak upłynęło godzin parę, poczem zasiadła do pisania listu i nad wieczorem posłańca do Gawronów wyprawiła. Żal jednak, w apogeum swojem, objawił się dopiero nazajutrz rano, powodem zaś onego było to, że śnił się jej książe Albert i nie miała komu snu opowiedzieć.
? Teraz dopiero, teraz, dłonią trzęsąc i oczy wzniesione trzymając, wołała - brak jej czuję! Teraz, ach! teraz.
Zasiadła do listu. O godzinie dziesiątej pojechał do Gawronów posłaniec, rozmijając się z tym, który ztamtąd odpowiedź na list z wieczora wyprawiony przynosił.
Objawy rozpaczne powtarzały się regularnie rano, po obiedzie, po herbacie i po wieczerzy, czas 'zaś przed obiadem, przed herbatą i przed wieczerzą poświęcony był pisaniu listów, z których pierwszy, zaczynany z wieczora, był zawsze najdłuższym, obejmował bowiem, obok wynurzenia uczuć, sprawozdanie tak z wypadków dziennych, jako też ze zdarzeń sennych. W liście poobiednim uskarżała się zazwyczaj przed córką na niewdzięczność młodego
Szamotów pokolenia, i dawała charakterystykę Stasia, Gucia, Henrysi i Ewuni. Stasio występował zawsze jako potwór. Gucia nazwala raz "szczeniątkiem, zaprawiającem się do szczekania przy starszym bracie. " Nad Henrysią litowała się.
"Byłaby niezłą ? pisała razu pewnego -gdyby nie takie rodzeństwo. "
Ewunię przedstawiała zimną jak głaz i przesiąkniętą egoizmem.
Olesia, odpowiadając matce, rozpisywała się o tęschności swojej i o życiu w Gawronach. Listy jej odznaczały się monotonnością treści i rozmaitością formy, zależącą na strzępiastości frazesów, występujących coraz to inaczej: raz z wykrzyknikami, znów bez wykrzykników, raz z pytajnikiem, znów bez takowego, raz długo, znów krótko, raz w przenośni, poszukiwanej na księżycu, na niebie, pomiędzy roniącemi łzy gwiazdami, pomiędzy ulatniającemi się w woniach kwiatami, i t. d., znów wyrażając się wprost, bez najmniejszych ozdób retorycznych. Niekiedy pisała wierszami. Listy od niej p. Tulicka na piersiach chowała, chcąc je trzymać obok serca jak najbliżej; otrzymując je atoli po trzy na dzień, upakowała sobie w krótkim czasie pierś tak, że widziała się wkońcu zmuszoną rozłączyć się i z niemi. Był to moment dla niej nad wyraz wszelki bolesny. Złożyła je w biórku osobno i odczytywała na dzień po razy parę od pierwszego do ostatniego. Przy odczytywaniu często wydzierały się jej z ust wykrzykniki:
? Ach! ta pułkownikowa, cóż to za kobieta! Ach! ten hrabia, cóż to za człowiek! szkoda tylko że ? hm...
Tęschniła do córki, pragnęła jej powrotu, jakoż
"Byłaby niezłą ? pisała razu pewnego -gdyby nie takie rodzeństwo. "
Ewunię przedstawiała zimną jak głaz i przesiąkniętą egoizmem.
Olesia, odpowiadając matce, rozpisywała się o tęschności swojej i o życiu w Gawronach. Listy jej odznaczały się monotonnością treści i rozmaitością formy, zależącą na strzępiastości frazesów, występujących coraz to inaczej: raz z wykrzyknikami, znów bez wykrzykników, raz z pytajnikiem, znów bez takowego, raz długo, znów krótko, raz w przenośni, poszukiwanej na księżycu, na niebie, pomiędzy roniącemi łzy gwiazdami, pomiędzy ulatniającemi się w woniach kwiatami, i t. d., znów wyrażając się wprost, bez najmniejszych ozdób retorycznych. Niekiedy pisała wierszami. Listy od niej p. Tulicka na piersiach chowała, chcąc je trzymać obok serca jak najbliżej; otrzymując je atoli po trzy na dzień, upakowała sobie w krótkim czasie pierś tak, że widziała się wkońcu zmuszoną rozłączyć się i z niemi. Był to moment dla niej nad wyraz wszelki bolesny. Złożyła je w biórku osobno i odczytywała na dzień po razy parę od pierwszego do ostatniego. Przy odczytywaniu często wydzierały się jej z ust wykrzykniki:
? Ach! ta pułkownikowa, cóż to za kobieta! Ach! ten hrabia, cóż to za człowiek! szkoda tylko że ? hm...
Tęschniła do córki, pragnęła jej powrotu, jakoż
doczekała się takowego rychlej niż zrazu przewidywała. Sprowadziły go wypadki, dla obznąjmienia się z któremi musiemy na chwilę odwrócić uwagę od p. Tulickiej i od jej Olesi.
Wypadki te sprowadziły się same przez się. wychodząc z punktu, którym była deklaracya p. Zgrzebłowicza. Geneza tej deklaracyi zasługuje na podniesienie.
Pan Andrzej zdał przed matką dokładną z pierwszej swojej w Chrustowie bytności sprawę, opowiadając, jak tam czas pędzą.
? Ha! taka to już ich natura ? rzekła baba sentencyonalnie ? stary jednak do serca ci przypadł.
? I jak jeszcze! Człowiek i zacny i rozumny, zdaje się jednak, jakby pod korcem siedział.
? Bo też siedzi. Ale co tam! A panienki?
? Widziałem je zdaleka.
? To dosyć. Cóż? podobają, się tobie?
? Bardzo.
? To i dobrze. Wybierz-że sobie którą i zacznij koperczaki ciąć.
Wyrazy ostatnie wymówiła baba z naciskiem.
Pan Andrzej odparł:
? Bah....,
Stara pani Zgrzebłowiczowa rozwodzić się szeroko poczęła nad korzyściami wynikającemi z dostania żony z dobrego gniazda.
Nie wiadomo, czy i o ile przedstawienia matki do przekonania p. Andrzeja trafiły. Przypuszczać należy, iż zgadzały się one z przekonaniami jego własnemi, z drugiej znów strony, p. Marek sprawił na nim wrażenie i panny, oglądane przy stole, podobały mu się bardzo ? tak dalece, że powracając. z pierwszej w Chrustowie wizyty, bawił się. co mu
Wypadki te sprowadziły się same przez się. wychodząc z punktu, którym była deklaracya p. Zgrzebłowicza. Geneza tej deklaracyi zasługuje na podniesienie.
Pan Andrzej zdał przed matką dokładną z pierwszej swojej w Chrustowie bytności sprawę, opowiadając, jak tam czas pędzą.
? Ha! taka to już ich natura ? rzekła baba sentencyonalnie ? stary jednak do serca ci przypadł.
? I jak jeszcze! Człowiek i zacny i rozumny, zdaje się jednak, jakby pod korcem siedział.
? Bo też siedzi. Ale co tam! A panienki?
? Widziałem je zdaleka.
? To dosyć. Cóż? podobają, się tobie?
? Bardzo.
? To i dobrze. Wybierz-że sobie którą i zacznij koperczaki ciąć.
Wyrazy ostatnie wymówiła baba z naciskiem.
Pan Andrzej odparł:
? Bah....,
Stara pani Zgrzebłowiczowa rozwodzić się szeroko poczęła nad korzyściami wynikającemi z dostania żony z dobrego gniazda.
Nie wiadomo, czy i o ile przedstawienia matki do przekonania p. Andrzeja trafiły. Przypuszczać należy, iż zgadzały się one z przekonaniami jego własnemi, z drugiej znów strony, p. Marek sprawił na nim wrażenie i panny, oglądane przy stole, podobały mu się bardzo ? tak dalece, że powracając. z pierwszej w Chrustowie wizyty, bawił się. co mu
się nie zdarzało nigdy, marzeniem o tem, jakby to było pięknie, gdyby jedna z nich, w roli gospodyni domu uwijała się w Zahorowie przy stole.
Ludzie są ludźmi ? to darmo.
Człowiek taki jak on, nie pominął kwestyi posagowej. Zapytał o nią; lecz sam sobie dał nawet odpowiedź praktyczną, biorąc takową z punktu religijnego, upoddaniającego żonę mężowi. Z tego wychodząc punktu, nie wydawało mu się rzeczą godziwą, domagać się wraz z żoną jeszcze i posagu. Uważał, że strona zaprzysięgająca posłuszeństwo, nie powinnaby być zobowiązywaną do opłacania strony, której posłuszną być ma.
? Zresztą ? powiadał sobie ? mam, dzięki Bogu, dosyć, wystarczy na dwoje i na więcej niż dwoje.... Będzie co, dobrze, nie będzie, drugie dobrze. Swobodniejszym nawet czuć się będę w obec żony, która mi nie wniesie nic.
Miarkował, że w takim razie, zostanie rzeczywistym w małżeńskiej sytuacyi panem.
Dodać do tego należy, że o ile wprawne jego oko widzieć mogło, nie można było liczyć na to, ażeby panny sute z Chrustowa pobierały posagi. Było ich trzy, braci dwóch.
? E... Pan Bóg z niemi! ? ręką machnął i rzekł tonem postanowienia silnego: ? Spróbuję! Dobrze ? powiada matka: "kupić nie kupić. " Korona mi z głowy nie spadnie.
Zamierzał odwiedziny w Chrustowie powtórzyć, kiedy z wizytą do niego przyjechał p. Stanisław. Była to woda na jego młyn. Przyjął gościa uprzejmie; obwoził go po gospodarstwie; zapolowali na kaczki w oczeretach. Za wątek rozmów służył im Adam Kozarski, którym się pan Andrzej chwalił,
Ludzie są ludźmi ? to darmo.
Człowiek taki jak on, nie pominął kwestyi posagowej. Zapytał o nią; lecz sam sobie dał nawet odpowiedź praktyczną, biorąc takową z punktu religijnego, upoddaniającego żonę mężowi. Z tego wychodząc punktu, nie wydawało mu się rzeczą godziwą, domagać się wraz z żoną jeszcze i posagu. Uważał, że strona zaprzysięgająca posłuszeństwo, nie powinnaby być zobowiązywaną do opłacania strony, której posłuszną być ma.
? Zresztą ? powiadał sobie ? mam, dzięki Bogu, dosyć, wystarczy na dwoje i na więcej niż dwoje.... Będzie co, dobrze, nie będzie, drugie dobrze. Swobodniejszym nawet czuć się będę w obec żony, która mi nie wniesie nic.
Miarkował, że w takim razie, zostanie rzeczywistym w małżeńskiej sytuacyi panem.
Dodać do tego należy, że o ile wprawne jego oko widzieć mogło, nie można było liczyć na to, ażeby panny sute z Chrustowa pobierały posagi. Było ich trzy, braci dwóch.
? E... Pan Bóg z niemi! ? ręką machnął i rzekł tonem postanowienia silnego: ? Spróbuję! Dobrze ? powiada matka: "kupić nie kupić. " Korona mi z głowy nie spadnie.
Zamierzał odwiedziny w Chrustowie powtórzyć, kiedy z wizytą do niego przyjechał p. Stanisław. Była to woda na jego młyn. Przyjął gościa uprzejmie; obwoził go po gospodarstwie; zapolowali na kaczki w oczeretach. Za wątek rozmów służył im Adam Kozarski, którym się pan Andrzej chwalił,
opowiadając Stanisławowi rozmowę, jaką względem przyszłości siostrzeńca swego miał z p. Markiem.
Stanisław zaprosił p. Andrzeja do Chrustowa.
Stosunki pomiędzy Zahorowem a Chrustowem zawiązały się, zagęściły; pomiędzy panem Andrzejem a p. Stanisławem nastąpiła poufałość ? i przyszło w końcu do tego, że Zgrzebłowicz, westchnąwszy raz i odchrząknąwszy razy parę, zaczepił młodego Szamotę w sposób następujący:
? Powiedz mi tylko szczerze czy nie miałbyś przeciwko temu nic, gdybym sięgnął po rękę jednej z waszych panien?..
? A cóżbym przeciwko temu mieć mógł!... była zaczepionego odpowiedź.
? A prezes?...
? Nie wiem, o ile jednak zdawać mi się może, to i ojciec nicby przeciwko temu nie miał.
? Ani pani radczyni?..
? O!... z ciotką ja na bakier, to w imieniu jej odpowiedzi nie daję...
? Słuchaj... ja ci się tam na koperczakach nie znam i czasu zresztą nie mam... Gospodarstwo ? kłopotarstwo... Czy nie podjąłbyś się wyrozumieć?..
? Kogo?.. ? zapytał Stanisław.
? Prezesa, panią radczynię, panny...
? Którą mianowicie?... Na zapytanie to, które, acz naturalne, spadło jednak
na pana Andrzeja niespodzianie, ten po nosie się dłonią pogładził, wąsy palcami rozgłaskał, kalsznął, głową skinął, ręce rozłożył i odparł:
? Bodajby mnie piorun trzasnął, jeżeli wiem.
? No... przecież? ? rzekł Stanisław, rumieniąc się.
? Powiem po chłopsku: I ta barna, i ta harna, i ta ne poharna.
Stanisław zaprosił p. Andrzeja do Chrustowa.
Stosunki pomiędzy Zahorowem a Chrustowem zawiązały się, zagęściły; pomiędzy panem Andrzejem a p. Stanisławem nastąpiła poufałość ? i przyszło w końcu do tego, że Zgrzebłowicz, westchnąwszy raz i odchrząknąwszy razy parę, zaczepił młodego Szamotę w sposób następujący:
? Powiedz mi tylko szczerze czy nie miałbyś przeciwko temu nic, gdybym sięgnął po rękę jednej z waszych panien?..
? A cóżbym przeciwko temu mieć mógł!... była zaczepionego odpowiedź.
? A prezes?...
? Nie wiem, o ile jednak zdawać mi się może, to i ojciec nicby przeciwko temu nie miał.
? Ani pani radczyni?..
? O!... z ciotką ja na bakier, to w imieniu jej odpowiedzi nie daję...
? Słuchaj... ja ci się tam na koperczakach nie znam i czasu zresztą nie mam... Gospodarstwo ? kłopotarstwo... Czy nie podjąłbyś się wyrozumieć?..
? Kogo?.. ? zapytał Stanisław.
? Prezesa, panią radczynię, panny...
? Którą mianowicie?... Na zapytanie to, które, acz naturalne, spadło jednak
na pana Andrzeja niespodzianie, ten po nosie się dłonią pogładził, wąsy palcami rozgłaskał, kalsznął, głową skinął, ręce rozłożył i odparł:
? Bodajby mnie piorun trzasnął, jeżeli wiem.
? No... przecież? ? rzekł Stanisław, rumieniąc się.
? Powiem po chłopsku: I ta barna, i ta harna, i ta ne poharna.