Dwór w Chrustowie : powieść, Jeż Teodor Tomasz - str. 2
Zobacz też:
-
Zarządzanie projektami
www.transsystem.com.pl -
Hotel łódzkie
www.hotel-wodnik.com.pl -
Folia stretch
www.manuliekobal.pl



nie byłe, pomimo, że szczegóły różne bytowania nowoczesnego wprawiały go często w humor jaknajgorszy. "Wiele ? jednak ? ten czyni, co musi". Pan Marek musiał, więc czynił: stosował się do okoliczności i lepszym się okazywał od niejednego, popisującego się postępowym sposobem myślenia. A nawet szedł z duchem czasu, dawał się postępowi prowadzić, ulegał i cale dobrze odbijał, od takich zwłaszcza co przesadzali w tym lub w innym kierunku: od spekulantów naprzykład, którzy cześć na ołtarzu zysków palili, od demokratów, którzy wszystko naginaćby pragnęli do poziomu własnego, od arystokratów, którzy w śniedzi blask upatrywali i Anglików udawali, i od innych tego lub podobnego kalibru postępowców w karykaturze. Pan Marek krzywił się na postęp, szedł z nim jednak, z narowów atoli był szlachcicem na wylot, przekonanym głęboko, że go Bóg z innej trochę ulepił gliny, aniżeli ogół śmiertelników. Przekonania tego nie wypowiadał głośno i było to wielkiem z jego strony ustępstwem, które w ducha cichości uważał jako ofiarę, tę zaś poczytywał sobie za zasługę w obec Tego co sprawy ludzkie w ostatniej sądzi instancyi.
? Uhm... wzdychał często i głową posępnie kiwał.
Myśli, westchnienia te wywołujące, przychodziły mu zazwyczaj po obiedzie, kiedy, nogą kiwając, fajkę na długim cybuchu palił. Nie uprzykrzały się jednak długo, albowiem, albo się kończyły drzemką, jeżeli Pan Bóg gości do Chrustowa nie sprowadził, albo też preferansikiem, jeżeli się nadarzył ten lub ów z sąsiadów lub z przyjezdnych z okolicy dalszej. Preferansika p. Marek lubił bardzo i brał go w znaczeniu lekarstwa na troski, uznając zresztą grę w karty za rzecz zdrożną.
? Uhm... wzdychał często i głową posępnie kiwał.
Myśli, westchnienia te wywołujące, przychodziły mu zazwyczaj po obiedzie, kiedy, nogą kiwając, fajkę na długim cybuchu palił. Nie uprzykrzały się jednak długo, albowiem, albo się kończyły drzemką, jeżeli Pan Bóg gości do Chrustowa nie sprowadził, albo też preferansikiem, jeżeli się nadarzył ten lub ów z sąsiadów lub z przyjezdnych z okolicy dalszej. Preferansika p. Marek lubił bardzo i brał go w znaczeniu lekarstwa na troski, uznając zresztą grę w karty za rzecz zdrożną.
? Lekarstwo acz gorzkie, przyjąć jednak nieraz potrzeba ? mawiał.
I sam najpierwszy zgodził się na to, że pociąg: do preferansika jest słabością.
? Ale ? powiadał ? któż się pochwalić może. iż wolnym jest od słabości wszelkiej!... Przytem, gdyby nie preferansik, umysł rozrywający, to człowiekowi nieraz zwaryowaćby przyszło... Takie czasy!... takie czasy!... kłopotów tyle!... aaa-haL.
To też grywał bardzo tanio i gotów był do gry zasiadać o każdej dnia porze, i spędzać przy takowej noce całe. Uważał to, jak powiedzieliśmy powyżej, jako lekarstwo na troski.
A trosk było tyle!
Zanim jednak do takowych przystąpimy, cofniemy się nieco wstecz, w celu zapoznania czytelnika bliżej ze sferą, służącą za tło powieści niniejszej.
Pana Marka zrodził pan Jan. pana Jana pan Łukasz, pana Łukasza pan Maciej i. t, d. Moglibyśmy, krocząc wstecz, dojść w ten sposób do czasów Polski w podziałach i wykazać ojca rodu Szamotów w blizkiej z potomkami Piasta styczności, następnie zaś. idąc od niego w dół, wymienić starostów paru, jednego czy dwóch rotmistrzów, sędziego, chorążego, pisarza, łowczego. Żaden z przodków p. Marka w senacie nie zasiadał. Ród trzymał się zawsze w stanie miernym, nie odznaczając się niczem osobliwem, nie spadając jednak na poziom chodaczków i łącząc się niekiedy w drodze koligacyi z rodami najznakomitszemi. Po kądzieli dotykał się do krzeseł, buław i tiar, i sam w sobie był karmazynem na wylot. Ojca p. Marka tytułowano cześnikiem; syna zaś owego ojca, cześnikowiczem, tak długo, aż póki wezwanym nie został do rozstrzygnięcia sporu
I sam najpierwszy zgodził się na to, że pociąg: do preferansika jest słabością.
? Ale ? powiadał ? któż się pochwalić może. iż wolnym jest od słabości wszelkiej!... Przytem, gdyby nie preferansik, umysł rozrywający, to człowiekowi nieraz zwaryowaćby przyszło... Takie czasy!... takie czasy!... kłopotów tyle!... aaa-haL.
To też grywał bardzo tanio i gotów był do gry zasiadać o każdej dnia porze, i spędzać przy takowej noce całe. Uważał to, jak powiedzieliśmy powyżej, jako lekarstwo na troski.
A trosk było tyle!
Zanim jednak do takowych przystąpimy, cofniemy się nieco wstecz, w celu zapoznania czytelnika bliżej ze sferą, służącą za tło powieści niniejszej.
Pana Marka zrodził pan Jan. pana Jana pan Łukasz, pana Łukasza pan Maciej i. t, d. Moglibyśmy, krocząc wstecz, dojść w ten sposób do czasów Polski w podziałach i wykazać ojca rodu Szamotów w blizkiej z potomkami Piasta styczności, następnie zaś. idąc od niego w dół, wymienić starostów paru, jednego czy dwóch rotmistrzów, sędziego, chorążego, pisarza, łowczego. Żaden z przodków p. Marka w senacie nie zasiadał. Ród trzymał się zawsze w stanie miernym, nie odznaczając się niczem osobliwem, nie spadając jednak na poziom chodaczków i łącząc się niekiedy w drodze koligacyi z rodami najznakomitszemi. Po kądzieli dotykał się do krzeseł, buław i tiar, i sam w sobie był karmazynem na wylot. Ojca p. Marka tytułowano cześnikiem; syna zaś owego ojca, cześnikowiczem, tak długo, aż póki wezwanym nie został do rozstrzygnięcia sporu
granicznego pomiędzy p. Szafranowiczem a p. Kubalskim, pomiędzy którymi proces o miedzę toczył się przez lat trzydzieści z górą razy kilka przez wszystkie przechodził instancye, i był głośnym na okolicę całą. Szczęśliwe sporu tego zakończenie obdarzyło go tytułem podkomorzego. W innej podobnej okazyi, będąc przez strony na superarbitra wybranym, zdobył sobie tytuł prezesa. I dwa te tytuły przyrosły niejako do osoby jego. Dla jednych był podkomorzym, dla drugich prezesem ? jak się komu podobało. Ludzie dawnej daty tytułowali go bądź cześnikowiczem, bądź też cześnikiem. Dla p. Marka było to wszystko jedno. Pozwalał mianować siebie podkomorzym, prezesem, cześnikowiczem, cześnikiem, a nawet i asanem dobrodziejem, nie reklamując ani protestując.
Był to obywatel poważny, a spoważniał odrazu, w jednej chwili, jakby za dotknięciem różczki czarodziejskiej. Chwila ta nastąpiła na kobiercu szlubnym. Kiedy, po zaprzysiężeniu wierności i miłości dozgonnej Imci pannie szambelance Róży Kozarskiej, wstał z klęczek, stało się mu tak, jakby się na nim przemienienie odbyło. Odrazu został mężem, i w małżeńskiem i w obywatelskiem znaczeniu. Nie każdemu to się zdarza. Większa nowożeńców połowa wzbudza politowania uśmiechy na ustach świadków obrzędu sakramentalnego. Pana Marka sąsiedzi uczcili pokłonem, który go niejako na obywatela pasował, a to pomimo, że był on już człowiekiem dojrzałym, podczas kiedy pani jego znajdowała się w pierwszym dziewiczego wieku kwiecie. On miał lat trzydzieści sześć, ona ośmnaście. Dobrali się jednak, do czego przyczyniło się w znacznej części to, że pani Róża należała do rodzaju tych natur wy-
Był to obywatel poważny, a spoważniał odrazu, w jednej chwili, jakby za dotknięciem różczki czarodziejskiej. Chwila ta nastąpiła na kobiercu szlubnym. Kiedy, po zaprzysiężeniu wierności i miłości dozgonnej Imci pannie szambelance Róży Kozarskiej, wstał z klęczek, stało się mu tak, jakby się na nim przemienienie odbyło. Odrazu został mężem, i w małżeńskiem i w obywatelskiem znaczeniu. Nie każdemu to się zdarza. Większa nowożeńców połowa wzbudza politowania uśmiechy na ustach świadków obrzędu sakramentalnego. Pana Marka sąsiedzi uczcili pokłonem, który go niejako na obywatela pasował, a to pomimo, że był on już człowiekiem dojrzałym, podczas kiedy pani jego znajdowała się w pierwszym dziewiczego wieku kwiecie. On miał lat trzydzieści sześć, ona ośmnaście. Dobrali się jednak, do czego przyczyniło się w znacznej części to, że pani Róża należała do rodzaju tych natur wy-
borowych, co to stworzone są niby do urabiania i utrzymywania harmonii w świecie.
Dobrali się na podziw.
Pani Róża dopełniała p. Marka; p. Marek uzupełniał panią Różę.
Wypadki podobne przytrafiają się niekiedy w stadłach małżeńskich.
W niej przeważała imaginacya, zasycana wychowaniem, które urobiło pociąg do czytania; w nim przeważała wiedza, która stanowiła pewien rodzaj wędzidła względnie do wyskoków zanadto żywych. Pani Markowa ? czyli, jak ją tytułowano, pani cześnikowiczowa, pani Cześnikowa, pani prezesowa, albo pani podkomorzyna ? czytała dużo, wszystko co jej w ręce wpadło, czytała i po polsku i po francuzku, karmiła się przeważnie rzeczami tak zwanemi lekkiemi, lecz umiała w takowych myśli zdrowe wynaleźć i sens moralny z nich wyciągnąć. Działo się to samo przez się, w skutek zapewne tego, że się w dzieciństwie na dobre zapatrywała przykłady, które wyobraźni jej wybujać nie dawały. Wyobraźnia nie wybujała; do bujania się atoli rwała i ciągnęła za sobą ociężały nieco umysł małżonka, pełniący względem takowej funkcye ballastu. Ona posiadała poglądy, on wiadomości ? pierwsze w połączeniu z drugiemi okazały się wielce przydatnemi we względzie wychowania dzieci, które się im sypały niby z rękawa. Było tak: co rok, to prorok, raz chłopiec, znów dziewczyna ? w przeciągu lat dziesięciu pani Róża zostawała matką razy dziewięć i, zapewne, byłaby jeszcze tę liczbę powtórzyła, gdyby śmierć nie zabrała jej w sile wieku. Umarła, mając lat dwadzieścia ośm.
Smierć pani Róży była dla p. Marka ciosem wiel-
Dobrali się na podziw.
Pani Róża dopełniała p. Marka; p. Marek uzupełniał panią Różę.
Wypadki podobne przytrafiają się niekiedy w stadłach małżeńskich.
W niej przeważała imaginacya, zasycana wychowaniem, które urobiło pociąg do czytania; w nim przeważała wiedza, która stanowiła pewien rodzaj wędzidła względnie do wyskoków zanadto żywych. Pani Markowa ? czyli, jak ją tytułowano, pani cześnikowiczowa, pani Cześnikowa, pani prezesowa, albo pani podkomorzyna ? czytała dużo, wszystko co jej w ręce wpadło, czytała i po polsku i po francuzku, karmiła się przeważnie rzeczami tak zwanemi lekkiemi, lecz umiała w takowych myśli zdrowe wynaleźć i sens moralny z nich wyciągnąć. Działo się to samo przez się, w skutek zapewne tego, że się w dzieciństwie na dobre zapatrywała przykłady, które wyobraźni jej wybujać nie dawały. Wyobraźnia nie wybujała; do bujania się atoli rwała i ciągnęła za sobą ociężały nieco umysł małżonka, pełniący względem takowej funkcye ballastu. Ona posiadała poglądy, on wiadomości ? pierwsze w połączeniu z drugiemi okazały się wielce przydatnemi we względzie wychowania dzieci, które się im sypały niby z rękawa. Było tak: co rok, to prorok, raz chłopiec, znów dziewczyna ? w przeciągu lat dziesięciu pani Róża zostawała matką razy dziewięć i, zapewne, byłaby jeszcze tę liczbę powtórzyła, gdyby śmierć nie zabrała jej w sile wieku. Umarła, mając lat dwadzieścia ośm.
Smierć pani Róży była dla p. Marka ciosem wiel-
ce dotkliwym. Dotkliwszym jednak cios ten był dla dzieci, których zostało pięcioro: trzech synów i dwie córki. Czworo miało mogiłki swoje na cmentarzu, obok nich położyła się matka ? i w ten sposób rodzina Szamotów rozdzieliła się na dwie nierówne połowy; mniejsza, z matką snem wieczystym uśpiona, spoczywała za wsią na wzgórku, pod pięciu krzyżami, pod ostem i róż polnych krzewami, w ogródku otoczonym sztachetą żelazną; większa o głowę jedną, mieszkała z ojcem we dworze drewnianym, wznoszącym się na wzgórzu przeeiwległem strzechą słomianą okrytym, w gniazdo bocianie przystrojonym, białemi ścianami i jasnemi oknami zdala świecącym, w sadzie fruktowym do połowy schowanym. Pomiędzy cmentarzem a dworem zachodziła spójność niejaka. Dwa te pomieszkania porozumiewały się niby ze sobą. Z okien dworu frontowych i z ganku, cmentarz widać było, a kiedy od takowego wiatr pociągał, to przynosił brzęczenia, dzwoniące melodyą jakowąś, która wydawała się chóralną pieśnią zmarłych. Wiatr grał na ramionach krzyżów. Pan Marek, w pierwszych po zgonie p. Róży chwilach, wsłuchiwał się w tę muzykę, i kiedy wyraźniejszą była, wyprowadzał dzieci na ganek, powiadając:
? Słyszycie?.... to głos mamy....
Dzieci oczęta szeroko otwierały i słuchy nastawiały.
? Mama czuwa nad wami.... Mama opiekuje się wami z zagrobu.... dziatki moje....Łzy mówić mu długo przeszkadzały i służyły za jedyną odpowiedź na zapytania liczne, jakiemi go zarzucały te z dzieci, które już pytania zadawać
? Słyszycie?.... to głos mamy....
Dzieci oczęta szeroko otwierały i słuchy nastawiały.
? Mama czuwa nad wami.... Mama opiekuje się wami z zagrobu.... dziatki moje....Łzy mówić mu długo przeszkadzały i służyły za jedyną odpowiedź na zapytania liczne, jakiemi go zarzucały te z dzieci, które już pytania zadawać