Zobacz też:







? Że pani kochana pójdzie do nieba prosto, w tym względzie najmniejszej niema wątpliwości.
? A i pani kochana nie pójdzie gdzieindziej.
? Ha, mrugnęła pułkownikowa brwiami. Tymczasem jednak, zanim się dla nas nieba otworzą, myślmy o urządzeniu spraw ziemskich. Czy wie pani co: dla Henrysi nie będzie afiszowaniem się to, coby afiszowaniem się. dla Olesi było.
Pani Tulicka nie zrozumiała twierdzenia tego, pomimo, że do zrozumienia onego wielką, z oczu bijącą ochotę okazała
? Rzecz prosta i naturalna ? tłómaczyla pułkownikowa. Henrysia ma ojca i braci. Olesia nie ma.
? Prawda! ? zawołała pani Tulicka przeciągle. Anim o tem myślała! Jakże to pani kochana na wszystko uwagę zwraca!
? Ha! do tego się dochodzi praktyką życia, doświadczeniem, i pani dobrodziejka, gdybyś, jak ja, z pułkiem się włóczyła, to takżebyś uwagę na wszystko zwracała. Owoż: Henrysia, mając ojca i braci, nie lęka się kompromitacji i może się bezpiecznie na deklaracyę wystawie. Dla niej nie będzie to zaafiszowaniem. ? Nie zechcą jej wydać, nie wydadzą, zechcą - wydadzą, a chociażby i wcale za mąż nie wyszła, to ma punkt oparcia w Chrustowie. O nią mnie głowa nie boli, za to jednak, tem bardziej, obchodzi mnie moja Olesia, kochana, luba, słodka Olesia!
? Jaka pani łaskawa! ? wtrąciła p. Tulicka.
? Kocham się w niej, powiadam pani dobrodziejce, kocham się w niej!
? Pani droga!
? Gdybym się na miejscu Zgrzebłowicza znajdowała, tobym się o nią bila Tylko, że Zgrzebło-
wież taki niezdolny do uczuć podnioślejszych. Poprostu, wietrzyć musiał talary, nic więcej; tem jednak natarczywszym będzie, hm? Ileż tam tego jest? tysięcy kilka?
Zapytanie to w widoczny matkę Olesi ambaras wprowadziło. Bąkać poczęła:
? Prawdziwie, ja nie wiem, bo to tam zachodzą procenta jakieś. Brat Marek wie. ale, co do mnie, nie wiem, czy jest tego tysięcy kilka, czy kilkanaście. Jest tam coś.
Przez czas tego bąkania, pułkownikowa z podgłowy wzrokiem ją przeszywała na twarzy zaś miała uśmiech słodziutki. Odezwała się w końcu:
? Dla mnie, ona sama, jak jest, bez niczego, milion warta, sama bowiem jest perełką, na którą ceny niema, słodka! luba! Jednakże. trzeba ją usunąć, trzeba ją, ot, zdmuchnąć Zgrzebłowiczowi z przed oczu.
To mówiąc, na dłoń sobie dmuchnęła.
? Jakże to pani kochana? ? zapytała p. Tulicka, z miną zafrasowanie oznaczającą.
? 0! nic łatwiejszego. Po deklaracyi nastąpić muszą oświadczyny, które nastąpić nie będą mogły, jeżeli przedmiot takowych obecnym nie będzie. W takim razie, Zgrzebłowicz, albo od projektów odstąpi zupełnie, albo też zwróci się z takowemi do Henrysi. Rozstrzygnąć się to musi w przeciągu miesiąca, najdłużej. Niech wiec pani kochana ? kończyła tonem proźby rzewnej ? na miesiąc ten prawa swoje macierzyńskie do Olesi ustąpi mnie.
? Pani pułkownikowo! ? zawołała matka.
? Niech ona u mnie zabawi. Będę nad nią czuwała; będzie jej u mnie, nie jak u matki rodzonej,
ale jak u baby starej, co się w niej kocha. Zabraknie jej towarzystwa, to prawda; będzie trochę samotnicą; ale, trochę ja, trochę zaś brat mój, hrabia Jałomnicki, który, tę mu sprawiedliwość oddać muszę, przy daniach szarmanckim być umie, będziemy się starali osłodzić jej chwile śród nas pędzone. To jej zresztą na złe nie wyjdzie, że w towarzystwie hrabiego dni kilka spędzi.
? Ach! i jakżeby na złe wyjść miało! ? zaprotestowała p. Tulicka.
? Otrzeć się o człowieka z wyższego miasta, z lepszego towarzystwa. Dla młodej panienki to potrzebne.
? Ach! i jak jeszcze.
--- To ją ośmieli, ogładzi i naturalnemu blaskowi polor nada. Mówię z panią kochaną otwarcie, jakbym była drugą Olesi matką.
? Ja też, słów znaleźć nie umiem na wyrażenie pani drogiej całej wdzięczności mojej, tylko, tylko....
? Co? ? zapytała pułkownikowa, widząc p. Tulickiej zakłopotanie.
? Jam się z nią nie rozstawała nigdy w życiu na chwilę jedną.
? Jest-że to rozstanie! Mila drogi. Pani będzie mogła mieć wiadomość o Olesi dwa i trzy razy w dniu każdym. Prezes, pewną jestem, posłańca nie odmówi. A zresztą, poświęcenie... poświęcenie macierzyńskie.
? Ha! niema co ? podchwyciła p. Tulicka, przekonana wyrazem ostatnim. Niech się dzieje wola Boża. Kiedy pani droga taka łaskawa! Nie mam słów na podziękowanie jej; nie wiem czem na tyle zasłużyłam dobroci; tylko ? tu głos do skali błaga!-
nej zniżyła ? jeżeliby dziecko moje przykrość jej jaką wyrządziło, proszę z góry o przebaczenie..
? O! co znów!
? Olesia u mnie jedna, a więc przyzwyczajona do... hm.
? Rozumiem, rozumiem, pani kochana ? odparła pułkownikowa, dłoń podnosząc. Jest troszeczka rozpieszczona, lubi sucharki, biszkopciki, przysmaczki.
? Pani droga!
? Potrzeba jej co chwilka coś wetknąć do chrupania.
? Pani najdroższa!
? Znam się ja na tem, o! znam. Niechże pani spokojna zupełnie o kochankę swoją będzie.
? Powierzam pani mój skarb najdroższy.
--- Dajesz go pani w dobre ręce. Olesię oskrzydla z jednej strony moja pieczołowitość, z drugiej atencja hrabiego. Niech pani spokojną, będzie zupełnie.
? Oh! proszę pani. Nie skończyło się jednak na tem, że się matka
zgodziła. Pozostawało jeszcze uzyskać zgodę córki. Olesia, gdy się dowiedziała o propozycyi pułkownikowej, przyjęła ją zrazu ochoczo; wnet atoli rozżaliła się na myśl rozstania z matką oddawała się rozpaczy, zalewała się łzami, zanosiła modły do Stwórcy o dodanie jej odwagi; raz się zgadzała, znów zaprzysięgała iż potęga żadna od matki jej nie oderwie, w końcu, w imię poświęcenia zaklęta, zdecydowała się.
Poświęcenie ? urocze to słówko. Ileż to kobiet zaprowadziło ono na bezdroża! Bywa ono ? nawiasem powiedzmy --- kółkiem w nosie i na mężczyzn,
nie umiejących dawać sobie rady z prostemi, zwykłemi, powszedniemi obowiązkami, mającemi się do poświęceń, tak jak zdrowy obiad ma się do obiadu, złożonego z samych cukrów, lukrów i wydmuchów.
Owóż tedy. poświęciła się matka dla córki, poświęciła się następnie córka dla matki, i zaopatrzona w pościel tyle iżby na dwie starczyło, w bieliznę i ubrania tyle, iżby odziewać i ubierać można panienek trzy przez rok cały, w książki, w nuty, w krosienka, kanwy, włóczki, szydełka, igiełki, necesserki i w drobiazgów mnóstwo takie, iż pod nie osobną dawać potrzeba było furę, zaopatrzona w czterdzieści siedm razy powtórzone błogosławieństwo matki, łzami jej i łzami panien Szamocianek oblana, pojechała panna Aleksandra Tulicka z Chrustowa do Gawronów.
Przed pannami Szamociankami, które żegnając kuzynkę płakały, a płacząc nie wiedziały czego, wyjazd jej upozorowanym został tem. czem się pozoruje dziewięć-dziesiątych kroków fałszywych, przez istoty czułe stawianych ? poświęceniem. Tylko mu nadano wytok nieco odmienny. W obec panien Szamocianek, tak p. Tulicka, jak panna Tulicka poświęcały się dla pułkownikowej, która w samotnem życiu swojem potrzebowała towarzyszki, zalet rozlicznych pełnej. Ula panny Henryki i dla p. Ewy doskonałość Olesi stanowiła artykuł wiary. Nie dziwiły się wcale, że ją a nie z nich żadną pawi Kawska wybrała, płakały rzewnie, a kiedy uwożą-cy pułkownikowę i Olesię pojazd z oczów im znikł, pocieszały szczerze rozszlochaną p. Tulicka.
? Ciociu, ciociu kochana, ciociu droga-były to słowa p. Henryki. Niechże ciocia ten smutek, ten