Zobacz też:







? Literatura jest niwą, tak sam jak ta, ktorą, uprawiamy, pan i ja. I ona potrzebuje rąk i pracy
? Ale czy się ta praca opłaci?
? Hm. Opłaca się gdzieindziej, u nas nie. Jest to jednak naszą potrzebą, życia świadectwem, przyszłości rękojmią. Naród bez literatury jest narodem zamarłym, i dla tego nie godzi się nam do takowej zrażać młodzież, okazującą talenta rzeczywiste, jak siostrzeniec asana dobrodzieja. Tam gdzie się ona opłaca, tam garną się do niej i ludzie bez talentów, parobkując przy niej i chleba kawałek znajdując. U nas zaś, zastęp ten składa się z ludzi, wiedzących o tem z góry. że maszerować będą głodno i boso drogą żywota. Potrzeba więc im przynajmniej nie przeszkadzać. Niech maszerują.
? Więc prezes dobrodziej radzi?
? Nie przeszkadzać.
Pan Andrzej zamyślił się. W milczeniu upłynęło chwil kilka. Ciszę, jaka w pokoju panowała, przerwało jeno skwarczenie tytoniu w fajce p. Marka. Nakoniec milczenie przerwał p. Zgrzebłowicz.
? Ot, wie pan prezes co ? rzekł ? dobrze zrobiłem, żem się pana dobrodzieja poradził. Ja zupełnie myślałem co innego. Literatura? Mnie się wydawało, że gdyby Adam został księdzem, dajmy na to, to mógłby się bezpiecznie, chrzcząc i grzebiąc ludzi, literaturą zabawiać. Mnie się ona nie przedstawiała, jako niwa, potrzebująca uprawiaczy specyalnych. Teraz jednak zrozumiałem o co chodzi, i niwa niwie nierówna: tu czarnoziem, tam glina, ówdzie piasek; nie godzi się jednak opuszczać tej ostatniej, dla tego, że piaszczysta. Dajmy więc na to, że nasza literacka niwa jest piaszczystą: nie godzi się, dla tej tylko przyczyny, pracowników z niej
odciągać. Niech więc mój Adam idzie tą drogą, na którą go ciągnie własna jego ochota.
? Powołanie ? podpowiedział p. Marek.
? Niech będzie powołanie. Dobra pana prezesa rada. Dziękuję mu za nią. Miałem, na myśli, odpisując Adamowi na list jego ostatni, kazać mu uniwersytet opuścić, do Zahorowa przyjechać i, ponieważ się u mnie tartak stawia, przy tartaku do roboty stanąć, ażeby się nauczył młyny budować. Na zimę zaś, zamierzałem do gorzelnika go na praktykę posłać. Uważałem, że dwa takie fachy, jak budownictwo młynarskie i gorzelnictwo, więcej warte, aniżeli literatura.
? Zapewne ? jak dla kogo ? podchwycił p. Marek. Są literaci i u nas, co się z powołaniem swojem rozminęli i lepszymi byliby gorzelnikami lub młynarzami, są jednak gorzelnicy i młynarze, którzyby mogli piórem ogółowi z wielką służyć korzyścią, gdyby. im jeno okoliczności pozwoliły. Bo nasz na ziemi przechód jest służbą, panie, służbą względem dzieci naszych, a przez nie względem ogółu, a przez ogół względem potomności. Tak, panie dobrodzieju, służymy wszyscy, bez wyjątku, bez różnicy; tylko że, niestety! nie wszyscy zadanie, jakie uspołecznienie nam do rozwiązania daje, rozumiemy. Ztąd to, z tego niezrozumienia, pochodzi wyzyskiwanie ogółu przez jednostki, nie chcące lub też nie umiejące zastanawiać się nad tem, w jakiem one przez to trudnem dzieci własne, a nie dzieci to wnuki, prawnuki, położeniu stawiają. Za służbę należy się jednostkom od ogółu wynagrodzenie, nic więcej: co nadto ? to już krzywda, która w logicznem spraw ludzkich następstwie, pokutę sprowadza. Drogą tą przychodzą zaburzenia spó-
łeczne, wzburzenia polityczne, występki i zbrodnie codzienne. Służba nasza przedewszystkiem zamienną, być powinna, to też, podług mnie, nie należy, tych, co od nas, bądź jako dzieci, bądź jako pupile, w zależności pozostają, zmuszać do młynarstwa, kiedyby oni dobrymi być mogli szewcami, albo do szewctwa, kiedyby mogli ogółowi piórem służyć. Niech służą czem mogą. Nie przeszkadzajmy im, raczej pomagajmy.
? Otóż to ? zakonkludował p. Andrzej. Adam lekowi ma do podziękowania.
? Jakto? ? zapytał p. Marek.
Pana Andrzeja zapytanie to zmieszało nieco. Przypominamy sobie, że wyjeżdżając z domu, nie wiedział jakim pretekstem wizytę w Chrustowie osłonić. Pretekst nasunął mu Rabę Icek, powiedziawszy, że prezes radzi wszystkim na wszystko. Wówczas to powziął zamiar poradzenia się go co do Adama, zamiar, który mu niby natchnienie przywiódł. Nie zdawało mu się potrzebnem z natchnienia tego przed p. Markiem się spowiadać. Ztąd to, zmieszało go nieco zapytanie. Dał odpowiedź wymijającą i w celu zatarcia wrażenia, sprawionego przez niechcący z ust wyszła wzmiankę o Icku, prosił pan Marka o pozwolenie przedstawienia siostrzeńca, kiedy ten nauki ukończy.
? Ależ panie! ? była odpowiedź tegoż. Dom mój otwarty dla wszystkich, mianowicie zaś dla takich, jak asan dobrodziej i siostrzeniec jego. Proszę, i owszem, bardzo proszę! proszę odwiedzać nas jak najczęściej. Będzie to dla mnie przyjemność prawdziwa, a tymczasem ? herbata już zapewne podana, czekają tam na nas, czeka także i preferansik.
Zmierzchało. Przy herbacie wniesiono świece.
Po herbacie grono męzkie obsiadło zielone stoliki i tym razem, preferansik rozstrzygnął się groszami dwunastu, djabełek zaś, który miejsce preferansika zajął, wygranę od Kazia przeniósł na Stasia.
W bawialnym pokoju napróżno odzywały się kolejno utwory to Szubert'a, to Verdi'ego, to Rossini'ego, to znów Szopena, Moniuszki i t. d.
Nastąpiła wieczerza. Po wieczerzy znów preferansik na jednym, jakaś zaś gierka równie niewinna na drugim stoliku. Na spoczynek udano się o północy.
Nazajutrz po śniadaniu p. Andrzej odjechał. Po odjeździe jego, p. Marek kiwnął na Stanisława i powiedział mu na stronie:
? Pojedź-no ty do Zgrzebłowicza z wizytą. To się jemu należy, człowiek uczciwy. Ateka to siostrzeniec jego, Adam Kozarski.
? 0? ? zawołał Stanisław ? kolega mój szkolny.
W ten sposób zawiązał się stosunek. Staś, w kilka dni później, był w Zahorowie, co ośmieliło pana Andrzeja do ponowienia odwiedzin w Chrustowie. Z odwiedzin w odwiedziny, doszło w końcu do tego, że dzierżawca Zahorowa uczynił młodemu Szamocie wiadomą deklaracyę, która scenę domową sprowadziła. Co się deklaracyi tej tyczy, jest jedna do zanotowania osobliwość. Panu Andrzejowi panienki się podobały, bardzo podobały, dowiedział się która jakie imię nosi, i wiedział, że panna Aleksandryna starszą jest od panny Henryki, ta zaś ostatnia od panny Ewy, nie wiedział jednak, że nie są to siostry rodzone i brał je wszystkie trzy za Szamocianki. Pokazuje to, że nie był bardzo ciekawym, a raczej, że ten sposób, w jaki w Chrustowie gości bawiono i czas spędzano, stawiał płeć niewieścią,
w cieniu, maskował ją, spychał panienki na stanowisko podrzędne, na którem ich rozpoznać nawet dokładnie nie było można. Pozostawały one w odosobnieniu, pomimo tłumu ludzi, jaki je otaczał. Biedne kwiatki!
 
V.
Pani Tulicka w niemałym znalazła się ambarasie, gdy pułkownikowa przedstawiła jej jasno szkodę całą, jakąby poniosła Olesia, gdyby ją zaafiszowała p. Andrzeja Zgrzebłowicza deklaracya. Nie zrozumiała też rady zacnej tej niewiasty, tyczącej się przylepienia afisza na kim innym.
? Pani kochana ? zapytała ? nastrajając minę na ton niewinności łagodnej. Jakże to tu ten afisz przylepić?
? Umknąć jedną, a na jej miejsce podstawić drugą,
? Jedną? drugą? ? powtórzyła p. Tulicka, przez pół się domyślając ? na miejsce Olesi, Henrysię?
? Czy pani dobrodziejce tak o Szamociankę chodzi? ? zagabnęła pułkownikowa impertynencko.
? To jest, pani droga, one mnie obchodzą także, obchodzą bardzo, nie mniej jak moja Olesia, i Róg widzi, pragnęłabym dla nich, o! nieba przychylić, kocham je, pomimo, że mi one równem nie odwzajemniają się uczuciem. Trudno jednak, ale, ja je kocham, bardzo kocham.
? Jaka pani dobra! bezinteresowność wcielona!
? O! jużto, co się tego tyczy, to nie mam sobie do wyrzucenia nic, i jeżeli się Panu Bogu podoba przed siebie mnie powołać, stanę śmiało i powiem: sądź mnie Panie!