Zobacz też:







deszczem ziemia odmłodniała niby, zieleniła się odświeżonemi trawami, pachniała odżywionemi ziołami. Trzoda z pola wracała. Ryczenie krów, naszczekiwanie psów, pianie kogutów, gdakanie kur, bicie przepiórek, brzęczenie komarów, furczenie żaren, skrzekot żab i odzywanie się supiłki ? zlewały się w uroku pełną pastorallę, w cudnie piękny koncert, któremu jeno słuchaczów brakło.
Przepraszam ? albo raczej, nie. Nie mam przepraszać za co. Trafnie się wyraziłem, mówiąc o "słuchaczach" w liczbie mnogiej. W rzeczy samej, słuchaczów brakło, była jednak słuchaczka, łowiąca uchem ton każdy i każdym się rozkoszująca. Siedziała na kamieniu, łokcie oparła na kolanach i z dłoni zrobiła widełka, w które brodę wsunęła. Siedziała nieruchomie, tak, iż zdaleka za posągby ją wziąść można. Tylko że wybrała sobie miejsce tak ustronne, iż nikt jej widzieć nie mógł. Smereki cień na nią rzucały, bzu krzewy i dzikich róż krzaki osłaniały ją. A te smereki, ten bez i te róże obrastały kamień, na którym siedziała, a który był kamieniem grobowymi miał na sobie wykuty napis:

D. 0. M.

Tu leży Róża z Kozarskich Szamocina i t. d.

Słuchaczka widziała ztamtąd dwór naprzeciwko i w pejzażowej perspektywie wieś rozlegającą się nad stawem. Jej jednak nie widział nikt. Wsłuchana siedziała, tylko niekiedy westchnęła, niekiedy zaś z ust jej wydzierał się zachwytem nabrzmiały okrzyk mimowolny:
? O Boże!.. o Boże!..
Przesiedziała tak z godzinę, jeżeli nie dłużej. Koncert wieczorny zmienił się pod tym względem,
iż odpadły instrumenta niektóre. Pozostały jeno żaby, komary, przepiórki i na łotokach szumiący młyn, ? Słuchaczka wstała, przez chwilę na kamień patrzała, westchnęła i odwróciwszy się, zatrzymała dłużej nieco wzrok na dworze, którego okna odbijały promienie zachodzącego słońca. W powietrzu rozlewała się uroczość i uroczystość jakaś. Słuchaczka. się uśmiechnęła, głową pokiwała i sama do siebie rzekła:
? Czyż to się godzi w wieczór taki w karty grać!..
Ramionami ścisnęła, i po za wieś obchodząc, przebierać się poczęła ze smętarza ku dworowi.
I my z nią zawołamy:
? Czy to się godzi!..
Prawda, grano po niczemu prawie. Przy jednym stoliku pan Marek przegrał groszy dwadzieścia i pięć, przy drugim Kazio jakiś wygrał talarów ośmnaście i pół... coż to znaczy?.. nic. Ale czas! Czasu szkoda. A hłuzdy?.. Myśl ta, którą zaprzątać potrzeba koinbinacyami bez sensu, nie znajdującemi zastosowania żadnego, nie odnoszącemi się do niczego, idącemi na wiatr, myśl ta czemś rozsądnem zajęta, sprowadzićby mogła korzyść jakąś bodaj najdrobniejszą, czy to pod postacią wiadomości jakowej pożytecznej, czyli też w formie poglądu, przedsięwzięcia, zamiaru. Zabawianie się w gry najniewinniejsze wszystko to z głów  wystrasza a przytem nęka umysł, czyniąc go niezdolnym do funkcyonowania w razach wymagających zastanowienia się poważnego.
Ach! zkąd to u nas mężowie poważni takie wymyślają banialuki.
Zabawiają się niewinnie w gry "komercyjne?"
Na gry owe "komercyjne, " których nazwa sama jest bezsensowną, czasu, panowie, i hłuzdów waszych szkoda! Wolelibyście zabawiać się w kręcenie młyńca palcami, w struganie patyczków, w wiązanie węzełków, w kiwanie się jak żydzi gdy majufes wrzeszczą, w cokolwiek, byle nie w wiścikowe, preferausikowe, gieryłaszykowe kombinacye, będące głupstwem ostatecznem, głupstwem nad głupstwami.
Co za przykład dla młodzieży, gdy starsi głupstwu czas i myśli poświęcają!
Tfu!...
Kiedy się jedyna koncertu wieczornego słuchaczka ze smętarza ku dworowi przebierała, we dworze kończył się właśnie, tu faraonik, tu preferansik, w przyległym zaś pokoju odezwały się akordy fortepianu i z pod palców czyicheś wypłynął melodyjny utwór Szuberta, rąbany haniebnie ale śmiało.
? A! ? zawołał jeden z młodych, ukazując palcem i oczami na drzwi pokoju bawialnego.
? Kolej na damy! ? rzekł inny. Odegraliśmy swoję my, i arte, wyznać należy, tylko się Wacek zapalał trochę. Teraz damska rozpoczyna się gra... Słuchajmy.
Od stolika preferansowego panowie wstając, wyciągali się ? krzyże prostowali. Ten i ów stęka! i boki sobie kułakami ugniatał ? tak się setnie ubawił.
? Po herbacie ? odezwał się jeden ? powtórzymy.
Ktoś zaprotestował, składając się potrzebą jechania do domu, lecz mu wyperswadowano, powiadając że pulka rozegra się prędko i noc księżycowa nie stanowi przeszkody w przebyciu milki.
Pan Marek zbliżył się do pana Andrzeja.
? Służę asami dobrodziejowi do mego pokoju... tam spokojnie pomówić będziemy mogli.
Poprowadził gościa przez szereg izb kilku i wchodząc do ostatniej prosił go, ażeby zajął krzesełko i sam usiadłszy obok, zapytał:
? Więc tedy, panie dobrodzieju?..
? Jest odparł ? zapytany ? materya trochę delikatna, tycząca się familijnych moich stosunków. Prawie mi wstyd, iż tem zatrudniać prezesa będę... Wiedząc jednak, że prezes dobrodziej z ochotą rad swoich udzielasz wszystkim, ośmielam się prosić go o udzielenie i mnie. Jeżeli przeto wolno?..
? Proszę asana dobrodzieja...
Pan Marek poprawił się na siędzeniu i przybrał postawę gotowości słuchania z uwagą wielką. Pan Andrzej zaczął:
? Rzecz taka... Mam siostrzeńca, ? Adam Kozarski...
? Kozarski? ? przerwał pan Marek ? jak ojcu jego na imię?
? Hipolit.
? A! Pytałem o imię, albowiem nieboszczka żona moja z domu była Kozarska. myślałem więc, że może pokrewieństwo jakie. Ale nie. Imiennik tylko. Hipolita żadnego w tej rodzinie nie było... I cóż?
? Adama wziąłem, nie tyle na wychowanie, ile na odpowiedzialność moją. Oddałem chłopca do szkół: uczył się dobrze, przechodził z klassy niższej do wyższej i, tak idąc, zaszedł aż do uniwersytetu. Obecnie znajduje się na uniwersytecie; za rok kończy. Oddawałem go do szkół w tym zamiarze, ażeby mu ułatwić sposób nabycia uczciwie chleba kawałka.
 
ażeby się wykierował, czy to na księdza, czy na prawnika, czy na inżyniera, czy na lekarza, czy na urzędnika, czy zresztą na gospodarza. Uczył się: jam mu nie przeszkadzał, w tej myśli, że jeżeli od każdego przybytku głowa nie boli, tem mniej boleć musi od przybytku nauki. Przechodził ze szkoły do szkoły. Ja zawsze miałem nadzieję, że się wykieruję na coś i kiedy mi doniósł, że wstąpił na kurs ostatni, napisałem do niego, zapytując, co z niego będzie: ksiądz, prawnik, inżynier, lekarz, urzędnik, czy też ma ochotę da mnie, na praktykę gospodarską przyjechać? Zatrzymał się, odetchnął; pan Marek zapytał:
? I coż?
? A cóż!.. Niech prezes dobrodziej będzie łaskaw przeczyta list, jaki w odpowiedzi na zapytanie moje otrzymałem.
Wyjął list z zanadrza i takowy panu Markowi podał.
Pan Marek włożył okulary, do okna pismo zbliżył i oczami je uważnie od początku do końca przebiegł. Skończywszy, list panu Andrzejowi wręczył.
? Cóż pan prezes dobrodziej na to?
? Hm... Moja rada, nie przeszkadzać. Asan dobrodziej postąpiłeś sobie zacnie i rozumnie, podając chłopcu rękę. Nie czytałem wprawdzie prac z podpisem Ateka, ale coś o nich słyszałem... dziewczęta moje w peryodycznych pismach je czytały i unosiły się nad jędrnością stylu, świeżością myśli, poetycznością. obrazów. Kto wie! Młody człowiek zdolnościami obdarzony, zajść może daleko...
? Ale dokąd, prezesie dobrodzieju?