Dwór w Chrustowie : powieść, Jeż Teodor Tomasz - str. 16
Zobacz też:
-
Drzwi drewniane Warszawa
www.drims.com.pl -
Zarządzanie procesami biznesowymi
www.ids-scheer.pl -
Wodomierze
www.elstermetering.pl -
Noclegi kraków
www.habitel.pl



i wnet do Chrustowa ciągnie. Tam panowie mają popasy, tam noclegi, tam wszystko.
? Cóż tam?
? Nu, nic, dwór, a we dworze, jak zwyczajnie.
? Dziedzic nazywa się?
? Wielmożny pan nie wie"? Pan prezes Szamota.
? Pięknie się nazywa. Nie wiesz ? zapytał nagle ? nie ma on czego na zbycia?
? Na zbyciu? ? powtórzył żyd powoli, namyślając się azali w pytaniu tem nie zawiera się zamysł jaki, tyczący się przedmiotów przez niego wyzyskiwanych. Na zbyciu? Cóżby tam było! Nu, nic, panny chyba, nic innego. Nu jeszcze i rady.
Na wyraz "panny, " p. Andrzej się uśmiechnął, na wyraz "rady, " zapytał:
? Jakie?
? Jakich wielmożny pan potrzebuje. U pana prezesa jest rada na wszystko i dla wszystkich ? tu żyd jarmułki poprawił i głęboko się zachlipnął dla panów, dla chłopów i dla żydków. Mądry, jak Salomon, albo jak rabin brusiłowski. Zapytaj go o co ? tu znów się zachlipnął ? to ino, głowę pochyli, pomyśli i radzi na wszystko: czy to w sprawie jakiej, czy w kłopociech, czy na choroby. Aj, co to za człowiek!
Rebe Icek głową kiwał, niby kot gipsowy, co u niego oznaczało zachwyt, p. Andrzej zaś przez ten czas myślał i po chwili wydobył list jakiś z bocznej kieszeni, którego stemplami poznaczona koperta świadczyła, że pocztową odbywał drogę: wyjął go z koperty i czytać począł. Przeczytawszy, napowrót go do koperty wsunął i w zanadrze włożył.
Arendarz przypatrywał mu się z boku w milczeniu i z uszanowaniem, nie wątpiąc że list ów do ja-
? Cóż tam?
? Nu, nic, dwór, a we dworze, jak zwyczajnie.
? Dziedzic nazywa się?
? Wielmożny pan nie wie"? Pan prezes Szamota.
? Pięknie się nazywa. Nie wiesz ? zapytał nagle ? nie ma on czego na zbycia?
? Na zbyciu? ? powtórzył żyd powoli, namyślając się azali w pytaniu tem nie zawiera się zamysł jaki, tyczący się przedmiotów przez niego wyzyskiwanych. Na zbyciu? Cóżby tam było! Nu, nic, panny chyba, nic innego. Nu jeszcze i rady.
Na wyraz "panny, " p. Andrzej się uśmiechnął, na wyraz "rady, " zapytał:
? Jakie?
? Jakich wielmożny pan potrzebuje. U pana prezesa jest rada na wszystko i dla wszystkich ? tu żyd jarmułki poprawił i głęboko się zachlipnął dla panów, dla chłopów i dla żydków. Mądry, jak Salomon, albo jak rabin brusiłowski. Zapytaj go o co ? tu znów się zachlipnął ? to ino, głowę pochyli, pomyśli i radzi na wszystko: czy to w sprawie jakiej, czy w kłopociech, czy na choroby. Aj, co to za człowiek!
Rebe Icek głową kiwał, niby kot gipsowy, co u niego oznaczało zachwyt, p. Andrzej zaś przez ten czas myślał i po chwili wydobył list jakiś z bocznej kieszeni, którego stemplami poznaczona koperta świadczyła, że pocztową odbywał drogę: wyjął go z koperty i czytać począł. Przeczytawszy, napowrót go do koperty wsunął i w zanadrze włożył.
Arendarz przypatrywał mu się z boku w milczeniu i z uszanowaniem, nie wątpiąc że list ów do ja-
kiegoś odnosić się musi geszeftu. Milczenie trwało minut kilka. Przerwał je w końcu p. Zgrzebłowicz. Zapytał:
? I cóż tam deszcz? Żyd ku oknu się zwrócił i w zamatowanych brudem wieloletnim szybach szukać począł szparki, którąby mógł wyjrzeć i dowiedzieć się, co się na dworze dzieje, gdy w tem słyszeć się dał turkot kół zatrzymującego się przed karczmą powozu.
? Yy ? rzekł sam do siebie i głową pokiwał.
? Cóż deszcz? ? powtórzył p. Andrzej zapytanie.
? Idzie sobie, ale ot i panicz z Chrustowa, herste, skądci on wraca.
W chwili tej ozwało się wołanie z zewnątrz:
? Icku! a Icku!
Żyd wyszedł, ociągając się i pantoflami klepiąc, niebawem jednak wrócił, poprzedzony przez młodego Stanisława Szamotę, który na progu kończył przemowę, rozpoczętą na bryczce:
? I o cóż ci chodzi, z raty sobie potrącisz.
Chodziło snadź o zaliczkę jakąś, na rachunek płaconego z arendy czynszu.
Arendarz pod jarmułką palcami się drapał, skrzywiwszy twarz, jakby od bolenia w żołądku, i do alkierza powoli się udał, Stanisław zaś do p. Andrzeja z powitaniem się zwrócił, zapytując:
--- Cóż za losy pana dobrodzieja w nasze zapędziły strony?
? Interesik do prezesa, potrzeba poradzenia się ojca pańskiego w pewnej sprawie.
? Więc jakże! ? zawołał młody człowiek ? pan dobrodziej nie w Chrustowie ale w karczmie? ? Schroniłem się przed deszczem.
? I cóż tam deszcz? Żyd ku oknu się zwrócił i w zamatowanych brudem wieloletnim szybach szukać począł szparki, którąby mógł wyjrzeć i dowiedzieć się, co się na dworze dzieje, gdy w tem słyszeć się dał turkot kół zatrzymującego się przed karczmą powozu.
? Yy ? rzekł sam do siebie i głową pokiwał.
? Cóż deszcz? ? powtórzył p. Andrzej zapytanie.
? Idzie sobie, ale ot i panicz z Chrustowa, herste, skądci on wraca.
W chwili tej ozwało się wołanie z zewnątrz:
? Icku! a Icku!
Żyd wyszedł, ociągając się i pantoflami klepiąc, niebawem jednak wrócił, poprzedzony przez młodego Stanisława Szamotę, który na progu kończył przemowę, rozpoczętą na bryczce:
? I o cóż ci chodzi, z raty sobie potrącisz.
Chodziło snadź o zaliczkę jakąś, na rachunek płaconego z arendy czynszu.
Arendarz pod jarmułką palcami się drapał, skrzywiwszy twarz, jakby od bolenia w żołądku, i do alkierza powoli się udał, Stanisław zaś do p. Andrzeja z powitaniem się zwrócił, zapytując:
--- Cóż za losy pana dobrodzieja w nasze zapędziły strony?
? Interesik do prezesa, potrzeba poradzenia się ojca pańskiego w pewnej sprawie.
? Więc jakże! ? zawołał młody człowiek ? pan dobrodziej nie w Chrustowie ale w karczmie? ? Schroniłem się przed deszczem.
? Lepsze przecie znalazłby pan w Chrustowie schronienie.
? Nie chciałem robić subjekcyi, najeżdżając prezesa z błotem.
? Ale, cóż to za skrupuły! Panie dobrodzieju!
Co to za subjekcya!
? I pan dobrodziej ? zaczął p. Andrzej.
? Ja co innego. Mnie deszcz złapał o ćwierć mili ztąd; byłbym jednak, nie zważając na nic, dalej jechał, gdyby nie maleńki do Rebe Icka interes. Wracam z Korbaczek. Było tam osób kilka, grano w preferansika, w ekarte, w końcu w djabełka. W preferansika i w ekarte byłem wygrany, w djabełka zgrałem się jak włoskie skrzypce. Wszyscy w Korbaczkach obecni, zamówili się na rewanż do Chrustowa, i oto powód wizyty, jaką składam lokowi. "Jak bieda, to do żyda" ? i głos podnosząc, zawołał: Rebe Icek! a zwijaj-no się tam!! tylko mi drobiazgu nie dawaj!
? Nu, zkądże ja niedrobiazgu wezmę! ? odezwał się głos z alkierza.
? Na twój rachunek kieszenie sobie reperować każę ? odparł Stanisław wesoło.
? Nie mam.... jak tylko miedziaki.
? Bodaj cię z miedziakami licho porwało! Cóż to, pięćdziesięciu talarów bodaj srebrem nie znajdziesz !
? Srebrem? Od kiedyż to ja srebra na oczy nie widziałem!
? To papierkami!
W alkierzu ucichło. Po chwilce ukazał się we drzwiach Rebe Icek z papieru kawałeczkiem, z kałamarzem i piórem w ręku. Pan Stanisław na papier-
? Nie chciałem robić subjekcyi, najeżdżając prezesa z błotem.
? Ale, cóż to za skrupuły! Panie dobrodzieju!
Co to za subjekcya!
? I pan dobrodziej ? zaczął p. Andrzej.
? Ja co innego. Mnie deszcz złapał o ćwierć mili ztąd; byłbym jednak, nie zważając na nic, dalej jechał, gdyby nie maleńki do Rebe Icka interes. Wracam z Korbaczek. Było tam osób kilka, grano w preferansika, w ekarte, w końcu w djabełka. W preferansika i w ekarte byłem wygrany, w djabełka zgrałem się jak włoskie skrzypce. Wszyscy w Korbaczkach obecni, zamówili się na rewanż do Chrustowa, i oto powód wizyty, jaką składam lokowi. "Jak bieda, to do żyda" ? i głos podnosząc, zawołał: Rebe Icek! a zwijaj-no się tam!! tylko mi drobiazgu nie dawaj!
? Nu, zkądże ja niedrobiazgu wezmę! ? odezwał się głos z alkierza.
? Na twój rachunek kieszenie sobie reperować każę ? odparł Stanisław wesoło.
? Nie mam.... jak tylko miedziaki.
? Bodaj cię z miedziakami licho porwało! Cóż to, pięćdziesięciu talarów bodaj srebrem nie znajdziesz !
? Srebrem? Od kiedyż to ja srebra na oczy nie widziałem!
? To papierkami!
W alkierzu ucichło. Po chwilce ukazał się we drzwiach Rebe Icek z papieru kawałeczkiem, z kałamarzem i piórem w ręku. Pan Stanisław na papier-
ku słów kilka nakreślił, podpisał się, pieniądze do kieszeni włożył i zwracając się do p. Andrzeja:
? Niechże pan dobrodziej będzie łaskaw ? przemówił. Zapraszam pana na moją bryczko, tylko moja nie kryta.
? Więc zapraszam pana na moją ? odrzekł p. Andrzej.
? Wszystko mi jedno. ? Jedźmy.
Dał rozkaz swemu furmanowi, ażeby ruszał przodem, wsiadł do koczobryka obok p. Andrzeja i powiózł gościa nowego, którego przedstawił ojcu, ciotce, siostrom, nie wspomniawszy ani słówka o tem, że on w interesię jakimś przyjeżdżał. Nikt go też o to nie pytał. Przyjęto przybysza uprzejmie, zajęto go wnet rozmową o niczem. Wkrótce podano do stołu. Prowadzony przez gospodarza, p. Andrzej zdołał mu półgłosem powiedzieć:
? Przybywam w celu zasiągniecia światłej prezesa dobrodzieja rady w materyi pewnej....
? Będę asanu dobrodziejowi służył ? była pana Marka odpowiedź-tylko pierwej posilić się należy. Zjemy co Bóg dał, a potem...
Pod koniec obiadu zajechał? goście, którzy się Stasiowi w Korbaczkach zapowiedzieli. Wniesiono nowe nakrycia. Obiad rozpoczął się da capa, a gdy się powtórnie kończył, musiał się raz jeszcze rozpoczynać. Konieczność tę sprowadziło przybycie nowych paru osób. Zasiadło pierwotnie do stołu osób ośm, wstało od stołu szesnaście. Płeć piękna odeszła. Mężczyźni w przyległym pokoju pozapalali fajki. Podano kawę czarną. Porozkładano stoliki zielone. Pan Stanisław podszedł do p. Andrzeja z czterma w ręku kartami i przedstawił mu takowe do ciągnięcia miejsca.
? Niechże pan dobrodziej będzie łaskaw ? przemówił. Zapraszam pana na moją bryczko, tylko moja nie kryta.
? Więc zapraszam pana na moją ? odrzekł p. Andrzej.
? Wszystko mi jedno. ? Jedźmy.
Dał rozkaz swemu furmanowi, ażeby ruszał przodem, wsiadł do koczobryka obok p. Andrzeja i powiózł gościa nowego, którego przedstawił ojcu, ciotce, siostrom, nie wspomniawszy ani słówka o tem, że on w interesię jakimś przyjeżdżał. Nikt go też o to nie pytał. Przyjęto przybysza uprzejmie, zajęto go wnet rozmową o niczem. Wkrótce podano do stołu. Prowadzony przez gospodarza, p. Andrzej zdołał mu półgłosem powiedzieć:
? Przybywam w celu zasiągniecia światłej prezesa dobrodzieja rady w materyi pewnej....
? Będę asanu dobrodziejowi służył ? była pana Marka odpowiedź-tylko pierwej posilić się należy. Zjemy co Bóg dał, a potem...
Pod koniec obiadu zajechał? goście, którzy się Stasiowi w Korbaczkach zapowiedzieli. Wniesiono nowe nakrycia. Obiad rozpoczął się da capa, a gdy się powtórnie kończył, musiał się raz jeszcze rozpoczynać. Konieczność tę sprowadziło przybycie nowych paru osób. Zasiadło pierwotnie do stołu osób ośm, wstało od stołu szesnaście. Płeć piękna odeszła. Mężczyźni w przyległym pokoju pozapalali fajki. Podano kawę czarną. Porozkładano stoliki zielone. Pan Stanisław podszedł do p. Andrzeja z czterma w ręku kartami i przedstawił mu takowe do ciągnięcia miejsca.
? A to co?
? Preferansik, panie dobrodzieju.
? Słaby ze mnie gracz, a przytem, pragnąłbym interesik załatwić i do domu wracać.
? Co? ? tonem udanego oburzenia zawołał młody człowiek. Takto, p. Zgrzebłowicz, zaledwie przyjechał, a już się do odjazdu zabiera.
? W Chrastowie się nie praktykują okropności podobne ? odezwał się p. Marek ? zwłaszcza jeżeli ktoś, jak asan dobrodziej, o trzy mile przyjeżdża.
? Właśnie dla tych trzech mil! ? podchwycił p. Andrzej. Muszę pospieszać, ażeby na noc zaciągnąć.
? Wyjedziesz pan dobrodziej jutro po rannem śniadaniu.
? Aa! ? zawołał p. Andrzej protestując.
? Czy na asana dobrodzieja czekają żona, dzieci?
? Nie, ale ? począł bąkać. Państwu dobrodziejstwu subjekcya.
? W chrustowskim słowniku wyraz ten wymazany. Kto u nas gości, ten nam laskę wyświadcza. Zresztą ? kończył p. Marek żartobliwie ja do interesu nie przystąpię inaczej, tylko muszę pierwej ograć asana dobrodzieja.
Nie było rady. Pan Andrzej kartę wziął i zasiadł przy stoliku, przy którym grał pan Marek. Stawka była bardzo tania: na grosz punktów dziesięć. Pulka poszła raźnie i bez wypadków nadzwyczajnych. Przy drugim stoliku grała młodzież i Stanisław z nią I tam także rozegrywano pulkę, ale faraonika. Stawka także mała, złotówkowa z parolami, transportami i nape'ami. Ot ? bawiano się, dla zabicia czasu. Na dworze się wypogodziło, słońce zachodziło wspaniale, zwilżona
? Preferansik, panie dobrodzieju.
? Słaby ze mnie gracz, a przytem, pragnąłbym interesik załatwić i do domu wracać.
? Co? ? tonem udanego oburzenia zawołał młody człowiek. Takto, p. Zgrzebłowicz, zaledwie przyjechał, a już się do odjazdu zabiera.
? W Chrastowie się nie praktykują okropności podobne ? odezwał się p. Marek ? zwłaszcza jeżeli ktoś, jak asan dobrodziej, o trzy mile przyjeżdża.
? Właśnie dla tych trzech mil! ? podchwycił p. Andrzej. Muszę pospieszać, ażeby na noc zaciągnąć.
? Wyjedziesz pan dobrodziej jutro po rannem śniadaniu.
? Aa! ? zawołał p. Andrzej protestując.
? Czy na asana dobrodzieja czekają żona, dzieci?
? Nie, ale ? począł bąkać. Państwu dobrodziejstwu subjekcya.
? W chrustowskim słowniku wyraz ten wymazany. Kto u nas gości, ten nam laskę wyświadcza. Zresztą ? kończył p. Marek żartobliwie ja do interesu nie przystąpię inaczej, tylko muszę pierwej ograć asana dobrodzieja.
Nie było rady. Pan Andrzej kartę wziął i zasiadł przy stoliku, przy którym grał pan Marek. Stawka była bardzo tania: na grosz punktów dziesięć. Pulka poszła raźnie i bez wypadków nadzwyczajnych. Przy drugim stoliku grała młodzież i Stanisław z nią I tam także rozegrywano pulkę, ale faraonika. Stawka także mała, złotówkowa z parolami, transportami i nape'ami. Ot ? bawiano się, dla zabicia czasu. Na dworze się wypogodziło, słońce zachodziło wspaniale, zwilżona