Zobacz też:







Aż odezwała się do niego razu pewnego:
? Jędrusiu, pora już... policz się jeno z latami. Żeń się.
? Ta z kim? ? zapytał.
Baba czepiec na głowie poprawiła, jedną ręką za bok się wzięła, drugą na stole się oparła, zamyśliła się i po niejakim czasie odrzekła:
? To sęk... hm... to sęk a w tym sęku dziura. Gdybyś wyszedł na drogę krzyżową, stanął i na wiatr rzucił wyrazy: "hej żenić się chcę", to szlakami wszystkiemi, ze wszystkich miasta stron, zbiegłoby się do ciebie, pomsta wie, ile dziewcząt. Ale hm ? nie w tem rzecz. Zbiegłyby się do ciebie dziewczęta takie, jaką byłam ja lat temu czterdzieści blizko, tobie zaś na żonę potrzeba nie takiej jak ojcu twojemu. Ja byłam dziewką do roboty, tobie potrzeba panny... o..
Podniosła jejmość palec do góry i zwróciła na syna spojrzenie znaczące.
? Wiem ja, Jędrusiu, czego tobie potrzeba.
? Potrzeba mi ? odezwał się pan Andrzej ? kobiety uczciwej.
? I edukowanej ? podchwyciła matka ? e-du-ko-wanej.. Uczciwej i edukowanej: jedno z drugiem chodzi niekiedy w parze, a u nas, Bogu dzięki, nie jest tak źle, ażeby uczciwych pomiędzy edukowanemi nie było wcale. Edukacya, mój Jędrusiu o!... to coś warte. Widzisz, oto, jak tobie na dobre wyszła... Weź-że sobie jeszcze i żonę edukowaną.
? Weź! ? powtórzył pan Andrzej z naciskiem. Mama tak to powiada, jakby niczego innego nie było potrzeba, tylko rękę wyciągnąć...
? "Szukajcie, a znajdziecie" stoi w książce na-
pisano. Potrzeba najprzód znaleźć, potem rękę wyciągnąć, a w ostatku wziąźć.
? Hm... ? mruknął syn.
? Pojedź tu, tam, owdzie.. popatrz, rozpatrz się. spróbuj. Kupić nie kupić, potargować można...
Pan Andrzej czoło na dłoni oparł i w zadumę wpadł. Jejmość, pomilczawszy przez chwilę, znów zaczęła:
? A gdybym ja tobie poradziła...
Syn zwrócił na matkę spojrzenie pytające. Ta prawiła:
? Co niedziela prawie bywam w kościele i co niedziela prawie widuję, w pierwszej ławce na prawo, panią jakąś nie młodą a z nią trzy panny. Nie wiem, kto ona; modląc się jednak na mojej książce, a myśląc o tobie, bo ja o tobie zawsze myslę, kiedy się modlę, powiadam często sama do siebie: czegobym za to nie dała, gdyby synowa moja. była taką, jak z tych panieniek jedna, druga albo trzecia!
? Coby to były za jedne?.. ? wtrącił p. Andrzej.
? Bóg to wiedzieć raczy. Widuję-ciać tego rodzaju nie mało. ale mi te w oko wpadły. I gładkie i edukowane. Gdy przez kościół suną, to zdaje się jakby płynęły i kto wie, może uczciwe, dobrze z nosa im patrzy. Bywa z niemi czasem jegomość nie młody okazałej postawy, czasem młodzik przystojny, blondyn jasny z czarną na policzku brodawką.
? A! ? zawołał pan Andrzej tonem, w którym brzmiał akcent domysłu. Nie uważała mama i u jegomości brodawki nad brwią?
? Rychtyg! Uważałam.
? Brwi duże? wąsy lżejsze?
? To, to, to.
? A no. Szamota, nie kto inny.
? Z Chrustowa? ? znasz go?
? Ba, i jakbym znać nie miał!
? Widzisz! Człowiek uczciwy, gniazdo dobre, a panienki? Patrząc na nie, kiedy przez kościół suną, zdaje się że widzę gąski, jedna za drugą do wody śpieszące. Edukacya tak i bije od nich. No, ot i masz. Mówią: kupić nie kupić, potargować można ? sprobuj ? co ci to szkodzi.
? A jeżeli odpalą ? harbuza dadzą?
? Owa! harbuza? A chociażby! Czy to człowiek od harbuza ginie? Ot na ten przykład, zawaliłam, jakiem dziewką była, Jarentemu rymarzowi harbuza takiego, że mu aż sto świeczek w oczach stanęło, i cóż mu się stało? Prawda, rozpił się, ale byłby się rozpił i bez tego, miał z młodu do kieliszka pociąg. Otóż i tobie, z harbuzem czy bez harbuza, nie stanie się co innego, tylko to co stać się ma i bez tego. A spróbować warto. A nuż. Panienki istne gąski, takie edukowane.
Po tej z matką rozmowie, pan Andrzej wahał się przez dni kilka, wkońcu oczy zamknął, w palce stuknął, zaprządz kazał do koczobryka cztery konie w lejc i do Chrustowa pojechał.
A że był człowiekiem ostrożnym, więc czekał pretekstu. Z tym miał kłopot nie mały. Myślał myślał i nic wymyśleć nie mógł. Myślał jadąc, nadaremnie jednak, pomimo że trzymilowa blizko odległość pomiędzy Zahorowem a Chrustowem dawała mu dużo do myślenia czasu. Jechał i myślał ? deszcz zaczął padać.
? Co ja tam, u licha, powiem, gdy przyjadę? po co? na co? A nuż stary zapyta: w jakim asan dobrodziej interesie?
Deszcz się wzmagał.
? Potrzebny! ? rzekł sam do siebie. Błota im tylko naniosę.
Dojechał do karczmy obok drogowskazu z napisem: "Zwrót do Chrustowa. " Kazał furmanowi przed zajazdem się zatrzymać i zawołał o otworzenie bramy. Arendarz wybiegł z czapką w ręku i z nizkiemi ukłony.
? Otwieraj bramę!
? Ny, a to, wielmożny pan zwid Zahorowa! Zaraz, zaraz.
I kłaniał się do ziemi, nie zważając na deszcz.
? Otwieraj! ? Krzyknął p. Andrzej gniewnie.
? Ćwierć milki tylko ? odparł żyd.
? Ja się o nic nic pytam, chcę jeno na podsień wjechać, ażeby deszcz przeczekać.
? Nie chcą pan wielmożny czekać przez deszcz w Chrustowie?
? Zkąd-że wiesz, że ja do Chrustowa?
? Co zkąd? jakto zkąd? A jakżeby ja tego wiedzieć nie miał?
? Otwórz bramę. Deszcz ustanie, dalej pojadę.
? I nie do Chrustowa? Ny, jak się wielmożnemu panu spodoba....
Otworzono bramę, uprzątnięto naprędce zawady, które pod postacią wiader, niecek, kołysek, drew, i t. p. na drodze wjazdowej się znajdowały i koczobryk pana Andrzeja wtoczył się na podsień dachem przykrytą.
Prawdę powiedziawszy, dach ów nie osłaniał od deszczu jak należy. Zawsze jednak, p. Andrzej, rad zdarzeniu, które przybycie jego do Chrustowa opóźniało, wylazł z bryczki i do gościnnej udał się izby, odprowadzony przez arendarza, który mu ukazywał hołdy, niby panu udzielnemu. Do hoł-
dów ze strony potomków Izraela był przyzwyczajony. Czcili w nim oni męża, "wiedzącego kiedy kupić i kiedy sprzedać. " Cześć przeto, jaką mu oddawał Icek Rubinsztejn, nie dziwiła go wcale; dziwiło go tylko to, zkąd to go p. Icek zna.
? Zkąd wiesz panie arendami, co ja za jeden? ? zapytał, zabierając miejsce pod zwierciadłem, przyozdobionem w malowidło, wyobrażające lwa z ogonem w es zakręconym, mającym na końcu dużą z sutym chwastem gałkę.
? Ny ? odparł żyd ? jakżeby ja o wielmożnym panu wiedzieć nie miał? a to jeszcze!
? Zkądbyś wiedzieć miał!
? Zkądże wielmożny pan, na mil pięćdziesiąt do koła, jest pomiędzy panami, eden a kliger puric... My żydkowie wiemy o rzeczach takich. Takich jak pan wielmożny, gdyby ino było więcej, ach waj! coby to było.
? No?
? At ? machnął żyd ręką. Na biednych żydziów przyszedłby a szwarce jur.
Pan Andrzej uśmiechnął się w wąsy i zapytał:
? To karczma chrustowska?
? Chrustowska.
? Ile idzie?
? Talarów trzysta, ale... a!... Gdyby nie bałabuste, co gęsi na szmalec tuczy, to oddawna już z torbami bym poszedł.
? Szynkujesz przecież.
? Biedna moja hołowka z szynkowaniem takiem!
? Trakt... przejezdni.
? Co za przejezdni! Trafia się czasem, jak ślepej kurze ziarno: raz żyd, znów chłop, a pan który, jak podjedzie, tak tylko przeczyta napis na słupie