Zobacz też:







tem westchnieniem, które wydziera sio z piersi, przepełnionej rozkoszy uczuciem. Biedna matka w siódmem znajdowała się niebie. Pułkownikowa prawiła dalej:
? Luba, słodka moja Olesia! Niech się pani nie gorszy, że ją moją nazywam ? rzekła pół seryo.
? O! pani pułkownikowo dobrodziejko, gdybym, Boże uchowaj, osierocić ją miała, to nikomu innemu, tylko pani-kochanej bym ją powierzyła.
? Dziękuję.
"Dziękuję" to w taki zabrzmiało sposób, jakby każda wyrazu tego litera ostremi jeżyła się kolcami. Kolce te pokazały się p. Tulickiej, lecz na króciuchną, jak mgnienie źrenicy chwilkę, tak że czasu nie miała przerazić się niemi. Pułkownikowa wnet je zamaskowała:
? Słodka! luba! anielska! zachwycająca! ? zachwycająca, powiadam pani. Staś przeto ?
? Hm ? odchrząknęła p. Tulicka, dłonią usta zasłaniając. Staś.... deklarował...
? Formalnie.
? To jest ? tak ? prawie formalnie.
? Zgrzebłowicz więc coś wietrzy, to bowiem człowiek rachunkowy, z kredką i z główką, jak powiadają żydzi.
? Nie wiem, zapewne.
? Ale! ? podchwyciła pułkownikowa żywo i z przyciskiem. Olesia nie dla niego!
? I ja tego samego jestem zdania. Olesia nie dla niego!
? Nie! gdzie też! i, powiedzieć pani dobrodziejce muszę otwarcie, to, że się on zadeklarował, nie jest dla niej z korzyścią.
? Mój Boże! ? zawołała p. Tulicka z akcentem zatrwożenia.
? Nie ma się trwożyć czego.
? No, a jeżeli ? zaczęła zafrasowana matka. Ja bo właściwie nie rozumiem, jakaby to niekorzyść?
? Niepotrzebne afiszowanie młodziutkiej panienki ? odparła pułkownikowa sentencyonalnie. Nic nie będzie, a powiedzą: starał się, albo też, stara sięo nią ? kto ? Zgrzebłowicz. Żeby to kto inny, nie Zgrzebłowicz, to jeszcze. A to, Zgrzebłowicz. Są nazwiska, noszące na sobie piętno predestynacyi.... Zgrzebłowicz?
? Prawda, pani kochana ? odrzekła przekonana p. Tulicka.
? Zgrzebłowicz? Widzi pani, stara jestem i doświadczona, wymawiając jednak "Zgrzebłowicz" czuję niby, jakby mi kto zgrzebło za plecy wsuwałi takowem po grzbiecie pociągał. Cóż dopiero pani.
? Ja ? żywo p. Tulicka podchwyciła ? w głos Stasiowi i wszystkim oświadczyłam, że Olesia moja nie dla Zgrzebłowicza!
? To nie dosyć, pani łaskawa. To afiszowaniu nie przeszkodzi.
? Cóż mam począć? Odprawę dać?
? Jeszcze gorzej. Esklandra!
? Jezu Chryste!
? Z panienką młodziutką obchodzić się należy, jak z banieczką kryształową, oględnie delikatnie, ażeby, broń Boże, nie potrącić i nie stłuc.
? Pani pułkownikowo najdroższa, co robić?
? Na tem sztuka cała, trzeba zatachlować, zamaskować i końce w wodzie utopić!
Mówiąc to, pani Kawska dodawała giesta odpowiednie, które wszakże istoty rzeczy p. Tulickiej
nie objawiały. Wlepiła w pułkownikową pełne niespokoju oczy i na ostatnie jej słowa, jakby na wyrok oczekiwała.
? Należy afisz na kim innym przylepić. W ten tylko sposób, kompromitacya odwróci się od Olesi stanowczo i raz na zawsze. Bo.... o!.... wiem ja, co to znaczy kompromitacya dla młodej panienki. Wyszłaby za mąż, zostałaby matką, posiwiałaby, a jeszczeby jej Zgrzebłowicza przypominano.
 
IV.
Nie dawne to czasy, w których przydomek "dorobkiewicz" stanowił rodzaj piętna na czole człowieka. Szlachcicowi nie godziło się być dorobkiewiczom. Była to zmaza na honorze, plama do wyprania trudna. Miało to racyę swoją. Dorobkiewicze dawniejsi wychodzili zazwyczaj "z podstarościch na szlachcica. " Zacieśniona sfera działalności pozostawiała dróg mało, po których się do fortuny dochodziło; pomiędzy temi zaś drogami, jedna mianowicie przystępną była szlachcie uboższej, zmuszonej wysługiwać się u panów: droga służby niewiernej. Komisarze i ekonomi, bardziej dbając o własne aniżeli o jurysdatorów dobro, przyswajali sobie nieraz majątki, któremi zawiadywali. Wypadki podobne zdarzały się często, dzięki niezaradności powszechnej, jaka w sferze właścicieli ziemskich panowała. Nie umiano ani rządzić się, ani gospodarować. Spuszczano się we wszystkiem na oficyalistów; ci zaś korzystali, otoczeni będąc pokusami, którym opierać się przeszkadzała im ułomność natury ludzkiej. Siódme boże przykazanie stało im w oczach, jak byk. Przepisy rozliczne na-
kazywały im szanowanie cudzej własności. Przykazanie atoli było przykazaniem, przepisy przepisami, a swoją drogą, raz tu, znów ówdzie, w okolicy każdej, wznosiła się z ruin fortuna, fundamentem której była kradzież. Nie dziw przeto, że dorobkiewicze złej używali reputacyi ? reputacyi, która ogarniała wszystkich, pomimo, że pomiędzy nimi nie jeden doszedł do majątku drogą pracy uczciwej, wspieranej oszczędnością i spekulacyjkami godziwemi.
Zdarzali się i w tej sferze ludzie sumienni.
Do takich należał i p. Andrzej Zgrzebłowicz.
Rodowód jego nie odznaczał się świetnością. Wyprowadzał się podobno od dziadka furmana, był zaś synem kiełbaśnika, prowadzącego rzemiosło swoje w miasteczku, w którem znajdowały się szkoły powiatowe. Młody Andrzej, posyłany do tych szkół, skończył je, uczył się nie źle, ale nie szedł dalej drogą nauki. Ojciec oddał go na praktykę gospodarską, i na tej, po przejściu wszystkich szczebli, dobił się do komissarstwa, spekulując, od pierwszej chwili wstąpienia na tę drogę, najprzód na prosięta, następnie na cielęta, dalej na gęsi, konie, owce. na produkta zresztą, które tanio kupował i z zyskiem sprzedawał. W ten sposób, zużytkowując grosz każdy, zebrał sobie fundusik pokaźny i puścił się na dzierżawy. Rządny, gospodarny, znający cenę czasu i umiejący podchwytywać okoliczności przyjazne, porastał szybko w pierze bez krzywdy niczyjej, a dorobiwszy się fortuny znacznej, myśleć począł o zajęciu stanowiska w obywatelstwie.
Historya to stara, powtarzająca się ustawicznie. Pan Andrzej szedł drogą utartą. Na dobry ład, kiedy mu potrzeba żenienia się na myśl przyszła, po-
winien był na towarzyszkę życia dobrać sobie kobietę, jednakowego ze sobą mianownika: rządną, oszczędną, zabawiającą się lekturą jedynie w kościele na książeczce do nabożeństwa i nie pojmującą, ażeby w świecie ideałów istnieć mogło co szczytniejszego nad wieprza dobrze upaszonego, nad masło należycie osolone, nad ogórki w miarę ukiszone. Taką właśnie była matka pana Andrzeja, stara jejmość, która mu rządy domu sprawowała i która, w części ogromnej, przyczyniła się do pomnożenia fortuny syna. Stara jejmość nic darmo nie puszczała; wszystko na pieniądze zamienić potrafiła. Po miasteczkach okolicznych znano ją jak zły szeląg i obawiano się jej: niebezpieczna z nią bowiem była konkurencya. Zajeżdżała wozami całemi i przywoziła wiktuały rozmaite, w najlepszym gatunku a najtańsze: jarzyny, przeroby nabiału, krupy, jaja, drób, szynki, salcesony, kiełbasy, i t. d., chleb nawet, kołacze, obwarzanki, placuszki. Jejmość z Zaborowa straszną była dla przekupek i przekupniów, w których wzbudzała wielkie gniewy, połączone z poszanowaniem ogromnem. Przysparzała też synowi fortunę.
Takiej panu Andrzejowi potrzeba było żony.
Przed oczami miał wzór, ale odwracał się od niego ? czemu? Czemu w ludziach jest pragnienie czegoś, co się im przedstawia pod postacią bądź nowości, bądź zagadki? To co jest ? jest; to jednak czego niema, posiada w sobie magnetyczną siłę pociągu, któremu nieraz oprzeć się nie sposób.
Matka nieraz mu przypominała:
? Żeń się.
? A! ? odpowiadał ? będzie jeszcze na to czas...