Zobacz też:







obowiązek słuchania każdego z członków rodziny najbardziej zaś pani Tulickiej, która oficyalnie sprawowała rządy domu, ponieważ jednak pomiędzy rządami domu a rządem majątku, nie było wyraźnej linii demarkacyjnej, mieszała się więc półoficyalnie do wszystkiego. Również półfoficyalnie, w zakresie nieoznaczonym, mieszała się do wszystkiego, panna Aleksandryna w imieniu matki, mieszała się, panna Henryka w imieniu ciotki i ojca, mieszał się pan Stanisław w imieniu ojca, mieszał się i pan Gustaw. We względzie tym jedna tylko Ewunia stała na stronie z powodów, które bliżej określić się Nie dadzą ? uważano ją za dziecko ? i dla tego zajmowała stanowisko obserwacyjne. Z wyjątkiem jej jednej, rządów było tyle, ile głów liczyła rodzina Szamotów, gdy się znajdowała w komplecie, co nie zawsze się zdarzyło. Do kompletu brakowało często pana Stanisława, pędzącego żywot koczowniczy.
Ztąd też, we dworze owym, pod którego słomianą strzechą gość raik znajdował, panował rozgardyasz do nieopisania, rozpościerał się bezrząd obejmujący Chrustów, w gospodarskim względzie całko wicie, a okraszony wdziękiem niezrównanym. Tajemnice bezrządu tajemnicami były dla wszystkich, z wyjątkiem opiekuńczych fortun szlacheckich aniołów ? żydków z miasteczka poblizkiego. Ci często miewali Chrustów na języku dodając do onego szeregi cyfr, deklinowanych wespół z rzeczownikami: Gescheft, Schild, Weksel, Termin i t. p. Icek Rubinstein, dzierżawiący karczmę przy trakcie, odegrywał śród nich rolę punktu ogniskowego, w którym zestrzeliwały się promienie operacyi, wyrażającej się za pomocą kwitków nieforemnych, pisanych
rękami rozmaitemi a zapełnianych zerami. Zera przecie żadnego nie mają znaczenia.
Była to jednak tajemnica, o której, zdaje się, sam pan Marek nie wiedział, pomimo, że nieraz wśród gawędki najweselszej wydzierało się mu" z piersi ciężkie westchnienie.
W bezładzie, w bezrządzie, w rozgardyaszu, przeplatane scenami pomiędzy Stanisławem a panią Tulicką, w gwarze ustawicznym ? życie w Chrustowie płynęło niby okręt żaglami pełnemi. Dokąd jednak płynęło? nie obchodziło to nikogo. Port? o porcie nie myślał nikt. Panny kwitły, panicze, jeden po okolicy podróżował, drugi dorastał, goście się zjeżdżali, preferansik służył i płużył: czegoż więcej chcieć.
Po co się goście zjeżdżali? Odpowiedź łatwa. Po co ludzie na teatr i na sztuki łamane chodzą? W Chrustowie odegrywała się ustawiczna reprezentacya gościnności, tem od reprezentacyj teatralnych różna, że spektatorów opłacała. I jakżeby przeto takowych braknąć miało?...
Zjeżdżali się.
Wszystkich, jak rzekliśmy wyżej, wyliczyć i wymienić nie sposób. Jednych wiązała życzliwość, drugich sprowadzał interes, nie było bowiem jak pan Marek do radzenia ludziom w razach kłopotliwych ? innych zwabiała ciekawość. Z tego powodu gościnne progi przekraczali ludzie różni, bogatsi i ubożsi, szaraczki i karmazyn), zaglądali nawet panowie tytułowani, dla rzucenia okiem, bądź na starego szlagona, postać tradycyjną, bądź też na kwiatki polne w celu przeprowadzenia paralelli pomiędzy niemi a Adelami, Anetami i Korami, które im po miastach wielkich żywot urozmaicały i upiększały. Ci ostatni przesuwali się po chrustowskim
 
horyzoncie na kształt komet ogoniastych: pojawiali się i znikali. Nadzwyczajnie grzeczni, niesłychanie uprzejmi, zachwycali się barszczykiem z rurą, unosili się nad serem w pierogach, prawili pannom komplementa, zaklinali się, że nigdzie się lepiej nie czuli, jak w tym domu staropolskim; prosili, żeby im wolno było przyjeżdżać jak najczęściej, a to w celu hartowania się w atmosferze swojskiej ? odjeżdżali i nie wracali więcej. Ich to ogonów czepiała się pani Tulicka i na tych to ogonach budowała zamki dla córki. Z tych ogonów promienistych jak domyślać się wolno, spłynął i ów książe Albert, co się matce i córce we snach prezentował.
Tego atoli kalibru goście rzadko się trafiali; pospolicie najeżdżała szlachta prosta, tacy Szafranowicze, tacy Kubalscy, tacy Prosiątkowscy. bądź to w osobach własnych, bądź też w osobach swoich małżonek, które się do pani Tulickiej adresowały, w osobach córek, które do panien szlusowały, w osobach synów, którzy paniczom towarzystwa dotrzymywali, spoglądając z ukosa na panny i dzieląc w myśli Chrustów proporcyonalnie na cztery części, nie nader częściowo ponętne, tem bardziej że niewiadomo było, czy pan Marek przypuści dzieci do działu równego, czy też do nierównego. Gdyby przypuścił do nierównego, a przytem tak, ażeby synom wydzielił same tylko błogosławieństwo ojcowskie, córkom zaś Chrustów pozostawił, to niewątpliwie młodzi panowie Szafranowicze, Kubalscy i Prosiątkowscy, potrącając i wywracając jeden drugiego, darliby się do rąk panien Szamotówien. Tak jednak ? bywali: sprawiali przyjemność sobie i wyświadczali grzeczność gospodarzowi domu.
Zaglądali także przy zdarzonej okazyi lekarze,
adwokaci (wzmiankę o tych znajdzie czytelnik w przytoczonej w poprzednim rozdziale rozmowie pomiędzy panią Tulicką a córką), urzędnicy publiczni, sądowi, fiskalni i administracyjni, wojskowi w stopniu oficerskim, koledzy szkolni Stasia, znajomi jego pozaszkolni i rozmaici inni, stanowiący w sposób ludności cyfry nagie, bez mianowników, a znani w austryjackiem państwie pod nazwą ogólną "prywatyzujących" (privativ). Przesuwała się ich ćma przez alembik gościnności chrustowskiej, wychodząc z niego takimi samymi, jakimi wchodzili. Większa ich część próżniakami byli, próżniakami pozostawali: objadali poczciwego pana Marka i po za jego plecami bawili się w dowcipnych, przyczepiając do panienek przydomki: sawantek, sentymantałek, papug, srok, synogardliczek. kotek, liszek, pliszek, pośmieniuszek, taradajek, młynków, grzybków, mruczków, flonderek, purchawek, przepiórek, nimf, gracyj i licho wie nie jakich. Za chleb, za sól, za serdeczność, wywdzięczali się dowcipami, w których ubliżającego w gruncie nie było nic, które atoli miejscaby nie miały, gdyby panna Henryka posiadała w monecie brzęczącej gotówką, posagu talarów tysięcy ze czterdzieści i gdyby tyleż posiadała i panna Ewa. Bywanie ich przeto było nie czem innem, jeno przelewaniem z pustego w próżne, nie miało ani celu, ani sensu.
Nie wszystkich jednak tyczą się słowa powyższe. Jak nie wszyscy malarze, muzykanci, śpiewacy i i. p. są artystami dla artyzmu, jak nie wszyscy filozofowie, historycy, naturaliści, prawnicy i t. p., są uczonymi dla nauki, jak nie wszyscy handlarze, przemysłowcy, bankierowie i t p., są spekulantami dla spekulacyi, tak też nie wszyscy pana Marka go-
ście byli gośćmi dla tego tylko, ażeby go objeść, ażeby się u niego zabawić i córki jego na fundusz brać. Były pomiędzy niemi wyjątki, do których zaliczyć należy dwie przedewszystkiem osobistości; jedną płci męzkiej i jedną płci niewieściej.
Zabierzemy najprzód znajomość z tą ostatnią.
W odległości półtorej mili od Chrustowa w okolicy płaskiej, przy głównym trakcie leżała wieś Gawrony, a we wsi tej mieszkała pani pułkownikowa Kawska, kobieta niemłoda, wdowa, która miała młodość ruchliwą i burzliwą i na starość w spokojnym osiadła zakątku. Miała ona i dzieci ? synów i córki ? o tych tylko ludzie ze słyszenia jedynie wiedzieli. Ona sama nigdy o dzieciach swoich nie mówiła. Synowie gdzieś się w świecie kierowali i córki się gdzieś kierowały. Przenosząc się z mężem, który pułkiem dowodził, pogubiła to w punktach różnych i nie troszczyła się wcale o potomstwo swoje. Kto wie nawet, czy wiedziała na pewno ilu miała synów, a ile córek. Ludzie przypisywali jej macierzyństwo potrójne ? syn jeden, córek dwie ? i utrzymywali.,. ach, ludzie są tak złośliwi. Rozposażenie dzieci odbyło się jeszcze za życia nieboszczyka pułkownika, człowieka nieznośnego, impetyka i fantastyka, który przytem organizmem cielesnym swoim przedstawiał zbiornik wszystkich defektów, jakie młodość rycerska na starość sobie gromadzić zwykła. Podlegał jakimeś konstypacyom żołądkowym, jakimeś chorobom sercowym, drgawkom, czkawkom, rozszerzeniom i zwężeniom żył, pedogrze, reumatyzmowi, newralgiom ? kości jego były barometrem, muskuły siedliskiem kurczów ustawicznych, nerwy instrumentem nadzwyczaj czułym i drażliwym; głowę miał łysą, jak kolano, ba-