Zobacz też:







młode koteczki. " Strona prawa medalu była, rzec można, zachwycającą.
Panienkom oczytanie w poezyi i powieściach bynajmniej nie szkodziło ? owszem nadawało im, że się tak wyrażę, tiurniurę ponętną, nadawało im cechy zagadkowości. osłoniętej kształtami wcale powabnemi. Olesia, była to nader przystojna szatynka, smukła i szykowna; Henrysia przedstawiała inny rodzaj: była to blondynka o rysach nie nazbyt regularnych, ale okraszonych zdrowiem i wyrazem wesołości naiwnej; Ewunia odznaczała się wdziękami, posiadającemi magnetyczną siłę pociągu ? włosy płowe z popielatym odcieniem, oczy fiołkowe, brwi mocno zarysowane, rzęsy długie, kibić wiotka i taka co to. zdaje się, o skrzydła jeno prosi, ażeby mogła w górę się unieść i z gwiazdką nad czołem, a z wianuszkiem laurowym na skroniach, gieniuszem przelatać. Każda z nich przytem, w oczach ludzkich niby kameleon się mieniła, przybierając się na pozory rozmaite: to sensacyi, to filuteryi, to egzaltacyi, to rozstrzepania, to przewrotności, to naiwności. Działo się to bez premedytacyi najmniejszej, bez cienia intencyi, któraby je o kokieteryę podejrzywać kazała. Istniała w nich kokieterya naturalna, wrodzona, gołębia, przepiórcza. Wystawiały na pokaz wdzięki, w jaki je natura ustroiła, zawijając takowe, stosownie do natchniena chwili, w obłoczystość zagadkową. Jedna nastrajała się na ton filozofki, zanurzając się głęboko w metafizyczne dociekania i wyrokując w kwestyach, których najpotężniejsze umysły rozstrzygnąć nie zdołały, z łatwością podziw wzbudzającą; druga odziewała się w szaty jaskrawe humoru i sypała uszczypliwe dowcipy niby z rogu obfitości; trzecia
udawała sentymentalną niewiastę, karmiącą się westchnieniami jak chlebem powszednim i kąpiącą się w eterze nasiąkłym srebrnem księżyca światłem. To znów role się zmieniały. Ta, co była filozofką, zmieniała się w humorystkę, humorystka zaś stawała się sentymentalną, a sentymentalna swawolną i śpiewającą. Wszystko to przychodziło samo przez się, wedle natchnienia, tak że nieraz w jednej i tej samej godzinie, każda z osobna bywała trzy, cztery... siedm razy jedną, nie przestając być sobą.
A dla gości ? co za wylanie! Gdy o gościa chodziło, ktokolwiek on był, jedna drugą przyciągały, byle pobyt mu pod dachem chrustowskiego dworu uczynić jaknajmilszym.
To też goście byli chlebem powszednim.
Mimo Chrustowa, w ćwierćmilowej odległości przechodził gościniec, na którym ruch panował ustawiczny. Przy gościńcu stała karczma z zajazdem, a z po za niej wynurzała się droga wpływająca w gościniec i przechodząca mimo drogoskazu z napisem na przybitej z boku podłużnej deszczułce: "Zwrót do Chrustowa. " Przejeżdżający gościńcem zazwyczaj się przy karczmie zatrzymywali, jedni dla wytchnienia koniom, inni dla popasów, niektórzy dla przenocowania. Od czasu jednak jak zajazd zajazdem, żaden w nim nie popasał ani nocował szlachcic. Z blizka czy zdaleka, który jeno przeczytał na drogowskazie napis, wydawał natychmiast furmanowi rozkaz:
? Nawracaj.
Z tego powodu pomiędzy panem Markiem a arendarzem zachodziły przy wypłacie rat ? nieporozumienia. Arendarz pretensye rościł, że dwór
mu dochód uszczupla, i pan Marek ustępstwa stosowne czynić musiał, opuszczając procent pewien. Upuszczenie procentów z jednej, koszta gościnności z drugiej strony przynosiły straty podwójne, do których dodaćby należało jeszcze i trzecią ogromną, stratę czasu, pędzonego na niczem. Nikomu jednak ani do głowy przychodziło, ażeby ta ostatnia uszczerbek jaki sprawiać miała. Czas? Wiedziano
o nim tyle tylko, iż starożytni przedstawiali go pod postacią starca z brodą długą, ze skrzydłami wielkiemi, z kosą w jednem ręku i z klapsydrą w drugim. Był to więc kosarz i jako taki uwagi na siebie nie zwracał. Wartość jego nie miała znaczenia innego jeno takie, które ideę odwetu wywoływało. Kosarz ów nastawiał się do koszenia, inaczej do zabijania: odwet zależał na zabijaniu kosarza. Zabijano go też w Chrustowie w sposób prawdziwie uroczy.
Zabijano czas z gośćmi, przez gości i dla gości.
Patrząc na życie tameczne, zdawało się, że człowiek innego na ziemi tej zadania nie ma i mieć nie może, tylko to jedno, żeby się z gośćmi bawić.
"Gość w dom, Bóg  w dom. " Piastowa cnota, za którą mu się królestwo dostało, znajdowała w Chrustowie zastosowanie jaknajobszerniejsze, tak dalece, że p. Marek zasługiwał nie na jedno, lecz na tuzin przynajmniej królestw, jeżeliby dzieje udzielały nagrody stosunkowo do zasług. Zasługi jego w tym względzie były olbrzymie i jak najzupełniej Piastowym równe, on bowiem, jak Piast, karmiłi poił niełaknących i niepragnących. Prawda, że do tamtego przyszli w goście aniołowie, do tego zaś przyjeżdżali ludzie śmiertelni. Co jednak temu pan Marek winien! Byłby i aniołów przyjął gościnnie
pod tym jeno warunkiem, ażeby wzięli na się postać szlachciców polskich. Inaczej wylegitymować by się musieli i zapewne by tego nie pożałowali. Dla szlachciców zaś dom stał otworem, we dnie i w nocy. Zajeżdżało się przed ganek; na spotkanie wychodził gospodarz, witał, do środka zapraszał, prowadził, sadzał i bawił wzywając na pomoc rodzinę swoją całą. Wychodziła poważna pani Tulicka, wychodziły panienki z robótkami w ręku wychodzili panicze z cybuchami, otaczano gościa staraniem, troskliwością, kłębami dymu i szczebiotem dziewiczym, dającemi mu przedsmak raju.... Mahometa. Gość opływał, niby pączek w maśle.
Wzywano go do jedzenia bez względu na dnia porę. O północy, nadedniem, kiedy jeno kogo pan Bóg sprowadził, pewnym być mógł, że znajdzie stół nakryty a na stole strawy poddostatkiem. Kurczęta pieczone i potrawki z kury z białym sosem, zdaje się spadały w Chrustowie, jak one kuropatwy które Jehowa Żydom na puszczy zsyłał. Pod względem tym niemożliwość nie istniała, tak dla gościnnego gospodarstwa, jak dla gościa, który, głodny czy niegłodny, jeść musiał: jakże bowiem nie jeść, kiedy jedzenie przybierało istotę i znaczenie ofiary, ponoszonej dla najmilszych pod słońcem stworzeń!
? Panie dobrodzieju, niech pan będzie łaskaw. Wdzięczyły się i prosiły.
? Pan nie łaskaw. Pan ledwo pokosztował. Czy to się godzi!
Chmurą smutku oblicza się powlekały.
Nie jeden dławił się, byle tylko nie martwić panny Aleksandryny, panny Henryki i panny Ewy, pełniących funkcye karmicielek, szafarek, Heb, czarodziejek i kapłanek ogniska domowego, albo raczej
kapłanek znicza kuchennego. Za ich sprawą ogień w kuchni nie wygasał nigdy. Zawsze stał, ustawicznie na kogo czekał i buchał płomieniem regularnie na dobę razy pięć, nieregularnie drugich razy pięć.
Wyliczyć i wymienić wszystkich, którzy na dwór w Chrustowie łaskawymi byli, jest absolutnem niepedobieństwem. Odwiedzała go najprzód okolica cała, następnie wszyscy, których z rodziną Szamotów łączyły węzły jakiegoś pokrewieństwa lub powinowactwa, dalej mieszkańcy stron dalszych, których interesa sprowadzały na trakt, przechodzący mimo karczmy chrustowskiej. Co moment ktoś przed ganek zajeżdżał, lub też, któś z przed ganku odjeżdżał, gdy zaś wieczór zapadał a nikogo nie było, spóźniano podawanie wieczerzy w przypuszczeniu że ? jak się kucharz wyrażał ? licho kogoś "nadniesie. "Łatwo wyobrazić sobie, co to było za życie ? czcze i próżne, a przecież chwilki jednej do odetchnięcia nie pozostawiające. Wszyscy ustawicznie zajęci byli niczem, absorbującem moment każdy i wymagającem rąk mnóstwa. Ztąd służby huk: garderoba zapchana, kredens zapchany, oficyna zapchana ? panny służące, pokojówki, lokaje, lokajczuki, furmani, furmańczuki, kucharze, kuchciki, stróże czeladź piekarniana i osób kilka płci obojej z funkcyami nieokreślonemi; dworów kilka połączonych pod dachem jednym i głów kilka odegrywających role naczelne. Pani Tulicka miała dwór swój, panny swój, pan Stanisław swój, pan Marek swój, pana Gustawa nawet obsługiwał chłopak do osoby jego wyłącznie przywiązany. Prawo rozkazywania nominalnie stało przy panu Marku, służba atoli miała